RSS
 

A kiedy przybyli Jeźdźcy Burzy…

Poranek2

Poranek

Rozdział XIX

Rano obudziłem się gdzieś około o dziewiątej. Leżeliśmy, tak jak się położyliśmy. Ona po lewej stronie starego łóżka, ja po prawej. Powolutku wstałem, ubrałem się i poszedłem do łazienki. Nie napełniałem wanny, wziąłem tylko prysznic. Patrzyłem jak woda spływała po mnie szybkimi stróżkami, spiesząc się dalej rurami do ponownego spotkania z ziemią. Jej odwieczny cykl opadania w dół, przenikania i pojenia wszystkiego, co żywe i nieżywe, oraz ponowne unoszenie się w górę, by spaść z kolejną nawałnicą, albo spokojnym letnim deszczem – był niedostrzegalną w codzienności ludzkiego dnia magią. Kiedy wyszedłem była już w kuchni. Widać jednak ją obudziłem.
– Zjesz śniadanie? – Zapytałem.
– Pójdę już.
Wzruszyłem ramionami.
– Ja sobie zrobię. – Podszedłem do kuchenki i wstawiłem wodę na herbatę.
Oparta o wąski podniszczony kredens patrzyła, jak poruszam się po kuchni. Otworzyłem lodówkę, wyjąłem jajka.
– Na pewno nic nie zjesz? – wskazałem na patelnię.
– Ne dziękuję, może jedynie wypiję herbatę.
– Ok – wzruszyłem ramionami.
– Albo poczekaj – ożywiła się – mam pomysł. Zjemy to śniadanie, ale za chwilę. Zostaw te jaja. – Mówiąc to, poderwała się i szybkim krokiem wyszła z domu.
Wyjąłem dwie filiżanki, postawiłem na stole. Do czajniczka wsypałem dwie łyżeczki suszonych czarnych listków i zalałem gotującą się wodą.
Wtedy stanęła w drzwiach, w rękach trzymała duże zielone liście.
– Daj miskę i umyj to zielsko.
– Co to?
– Liście babki.
– To widzę.
– Chciałeś śniadanie.
Po raz kolejny dzisiaj wzruszyłem ramionami, wrzuciłem liście do zlewu.
– Daj mi jeszcze mąkę, jedno jajko i olej.
– Kiedy zakręciłem wodę i wytarłem ręce, wręczyła mi miseczkę.
– Możesz mieszać dalej?
– Zaskakujesz mnie – powiedziałem.
– Dlaczego?
– Korzystasz z lasu?
– Ty nie? – Uśmiechnęła się.
– Masz cynamon? – Zapytała.
– Zobacz w szufladzie – wskazałem na szafkę koło zlewu.
Przez chwile przeglądała torebki z przyprawami.
Dodaj tego. – Podała mi cukier waniliowy i cynamon.
– Ile?
– Szczyptę cynamonu i łyżeczkę cukru.
– Sypnąłem wszystkiego na oko.
– Pokaż – spojrzała. – Dobrze. Teraz włóż liście. – Sama zaś podeszła do kuchenki i włączyła gaz pod patelnią.
Po chwili po kuchni rozszedł się przyjemny słodkawy zapach smażonych liści obtoczonych w żółtawym cieście.
– Znasz się na dzikiej kuchni?
– Powiedzmy, że trochę – odparła z lekkim uśmiechem na twarzy.
– Czarownica – westchnąłem pod nosem.
– Słucham?
– Nic, nic – uśmiechnąłem się do siebie.
Śniadanie przebiegało w ciszy, aż do zniknięcia ostatniego racucha.
Dopijaliśmy herbatę.
– Niezłe te placki – pokiwałem głową z aprobatą.
– Czas na mnie – powiedziała cicho.
Wstałem i wrzuciłem talerze do zlewu.
– Dzięki za ognisko – dodała, podnosząc się z krzesła.
Odwróciłem się w jej stronę – Wpadnij jeszcze kiedyś.
– Zajrzę. Na pewno zajrzę.
Po chwili zostałem sam. W domu zrobił się pusto. Człowiek ma jakąś taką chorą przypadłość – spędza całymi dniami czas ze sobą, jest mu dobrze, ale wystarczy, że na dzień w domu się pojawi drugi człowiek i natychmiast, kiedy zniknie, w jednej sekundzie, cisza staje się na chwilę dziwnie silna. Zmyłem naczynia i wyszedłem na taras. Rozejrzałem się. Płot ogradzał mój dom, kwiaty kwitły, a warzywa rodziły paradoksalnie swoje  owoce. Ziemianka obsadzona trawą niewielkim wzgórkiem rysowała się ponad wszystkim. Całość otoczona gęstym lasem i krzewem jak mała wyspa pośród dzikiej zieleni. Zapakowałem słoiki z przetworami do kilku toreb i zacząłem przenosić z tarasu do ziemianki. Ustawiałem na półkach, które zbiłem z kilku starych desek, jakie znalazłem w drewutni. Przeliczyłem weki, miałem ich już sto siedem. Był szczaw, ogórki, dżemy; malinowe, truskawkowe, wiśniowe i mieszane; z cynamonem, pomarańczami czy winiakiem lub miętą. Były też kompoty z jagód, mirabelek i soki z czarnych porzeczek oraz jeżyn, pasztety i leczo. Byłem zadowolony. Na koniec zaniosłem do piwnicy wielką butlę z kwasem buraczanym. Dzisiaj zakiszę tez żur – pomyślałem – stawiając baniak w rogu pod ścianą. Wróciłem do domu, zatrzymałem się w drzwiach, spojrzałem na niebo, zachmurzyło się. Wszedłem do kuchni i zacząłem zmywać. Na dnie zlewu spoczywał jeden mały listek babki zwyczajnej. Ciekawe, jak daleko człowiek odszedł od natury – pomyślałem.
Wytarłem naczynia i powkładałem do szafek. Podszedłem do laptopa i włączyłem. Zacząłem przeszukiwać witryny. Dzikie rośliny jadalne. Nie wiele tego było, informacje skąpe i nie jasne. Dlaczego ludzie nie korzystają z tego, co mają pod ręką? – przeszło mi przez głowę. Wiedziałem już, że nie muszę kupować jagód, grzybów, malin czy jeżyn, właściwie tych ostatnich nigdzie nie ma w sprzedaży. No i jeszcze ryby, choć przyznać trzeba, że w zatruwanych jeziorach jest ich coraz mniej. Nagle przypomniały mi się pieczarki, kiedyś rosły powszechnie na łąkach, co się z tym wszystkim stało? Świat oszalał? Wszyscy nauczyli się wszystko kupować, lenistwo czy biznes. Może jedno i drugie. Jednak przecież wszyscy pracują i kupują – tylko co? Zacząłem na stronach poszukiwać składników podstawowych produktów przemysłowych. Czytałem, przeskakując strona za stroną. Mleko od krowy zakazane. To nie ma sensu. Wieki się na tym wychowały. Podobno żadne dorosłe zwierzę nie pija mleka, na dodatek krowie jest przeznaczone składnikowo jedynie cielakom. Odsunąłem komputer. Cholera to przestańcie żreć miód, bo jest tylko dla pszczół, trzeba ostrzec niedźwiedzie. Patrzyłem przez chwilę w ekran, znowu podsunąłem krzesło i komputer. Genetyka, żywność, koncern Monsanto, główny producent GMO, zatrucie całego obszaru miasta Anniston oraz krwi jego mieszkańców przez PCB. Monsanto w Meksyku, Monsanto w Indiach i Polsce, mączka kukurydziana. Rak, padaczka, sfałszowane badania przez firmę we Francji. Śmietana, brak wymogu umieszczania składu na opakowaniu, zawartość; karagen – rakotwórcze świństwo. Opuściłem ekran laptopa. Wyszedłem na taras i usiadłem na schodach. Zapaliłem. No tak, kto by kupił jogurt czy ukwaszone mleko, gdyby w sklepach sprzedawano tak jak kiedyś świeże. Spojrzałem na las krzaki i trawę, gdzieś z krótkimi seriami uderzał dzięcioł. Bąk niezdarny swoją ciężkością wielkim łukiem ominął liście i bujając się w lewo i prawo próbował trafić do kielicha surfinii. Nagle między krzakami dostrzegłem głowę sarny, stała czujnie przypatrując się temu, który rządzi tym światem. Jej oczy, choć z daleka ledwie widoczne, wyrażały zawsze coś, czego nie rozumiałem. Zaciągnąłem się. Bóg stworzył człowieka na podobieństwo swoje, a jedynie zwierzętom nie można nic zarzucić. Zgasiłem papierosa, wstałem. Sarna uskoczyła w bok i zniknęła między drzewami.
Około osiemnastej na podwórku pojawił się Szymon. Miał na sobie zieloną koszulkę i zielone spodnie, przy których na pasku wisiał nóż.
– Cześć.
– Cześć – odparł.
– Zbroisz się? – wskazałem na nóż.
Wyją mały bagnecik, podszedł i wyciągnął rękę.
Obejrzałem.
– Lekki, ale dla ciebie jak w sam raz.
– Wytargowałem od kolegi – powiedział niby obojętnie.
– Na rzucanie w drzewo za słaby, ale można powbijać w ziemię, to też trening. Choć zagramy. Nauczę cię kilku gier.
Przez następne dwie godziny bawiliśmy się jak dwoje równych sobie dzieciaków. Szymon złościł się czasami, jak przegrywał, kiedy zaś starając się, aby nie dojrzał, dawałem mu tak zwane fory – triumfował i cieszył.
– Widziałem jak tu była – powiedział, z zamachem wbijając nóż w ostatniego kapsla, jaki nam pozostał. – Teraz będzie cały czas przychodzić?
– O kim mówisz? – Udałem, że nie rozumiem.
– O czarownicy.
– Była, to prawda. Sądzisz, że dorosłemu facetowi wystarczy rozmowa z takim smarkiem jak ty?
Wzruszył ramionami. Zdjął z ostrza kapsel i usiadł obok mnie na ziemi, podkuliwszy nogi.
– Jesteś zazdrosny? – Zapytałem.
Znowu nie odpowiedział.
– Chciałbym już być dorosły.
– Ciągle marzy ci się miasto?
Pokiwał spuszczoną głową, przypatrując się mrówce, która maszerowała po jego udzie.
– Za dużo o tym myślisz. – Podniosłem się. Spojrzałem – Idziesz czy zostajesz?
– Idę do domu – mruknął.
– Ok, to do następnego – wyciągnąłem rękę.
Spojrzał, wstał i podał mi dłoń.
– Uścisnąłem niezbyt mocno, wtedy poczułem i jego dziecięcy uścisk.
Kiedy zniknął, po raz drugi już dzisiaj ogarnęło mnie dziwne uczucie, jednak inne niż rano. Jakiś niepokój czy zdziwienie. Coś w mojej pamięci się otwierało, jakieś krótkie obrazy. Błyskały i znikały, nim zdołałem się im dobrze przyjrzeć.
W domu znowu zacząłem przeglądać internet. Zacząłem się zastanawiać ile potrzeba zmagazynować dostępnego dookoła jedzenia, aby przetrwać bez odwiedzania sklepów. Pomyślałem o grzybach, takie z patelni, z cebulą, to rarytas. Okres jesieni i zimy to jakieś sto osiemdziesiąt dni. Muszę zrobić ze trzydzieści niedużych słoików – pomyślałem. Po kolejnej godzinie poszukiwań wiadomości na temat dzikich roślin poczułem głód. Dzisiaj nie jadłem obiadu. W kuchni ukroiłem gruba pajdę chleba, posmarowałem masłem i nalałem sobie kubek kwaśnego mleka. Wyszedłem na zewnątrz. Chmur przybywało, a zaniepokojenie wiatru wskazywało, że raczej nie będzie to lekki letni deszczyk – nadciągała burza. Jadłem przypatrując się nadciągającym wieczornym ciemnościom. Niebo zaciągnięte ciężkimi, ciemnogranatowym zasłonami, potęgowało mrok. Odstawiłem pusty kubek na schody i wyjąłem papierosa. Trzeba mleko uwarzyć, porządnie zasolić i zanieść do ziemianki, po kilku dniach będzie dobra feta, można będzie też zamknąć ją w słoikach, a i serwatka zda się na zupę – myślałem paląc powoli.
Wróciłem do domu, przelałem kwaśne do garnka, zapaliłem gaz. Wyjąłem tequile i nalałem kieliszek – wypiłem. Nalałem kolejny, wziąłem flaszkę i znowu wyszedłem na taras. W oddali niewielki błysk rozjaśnił las. Wiatr ustał. Przechyliłem kieliszek i skrzywiłem się. Sięgnąłem znowu po papierosa. Zaciągnąłem się. Myślałem o wczorajszym wieczorze. Chyba nie można uciec od ludzi, pojawiają się prędzej czy później. Pomyślałem o wyspie, ale czy to realne. Czy świadomość, że naprawdę nikogo nie spotkam, nie odebrałaby sił? Znowu błysnęło, a lekki wiatr poruszył liśćmi. Było tak ciemno, że tylko dźwięk wskazywał, że są dookoła. Wróciłem do kuchni, do powstającego twarogu wsypałem kilka łyżek soli. Przykryłem garnek, podniosłem i ruszyłem ostrożnie do ziemianki. Szedłem na pamięć. Wsunąłem Piorunsię do środka i wymacawszy stół, ostrożnie postawiłem naczynie. W tym momencie usłyszałem wiatr, drzwi ziemianki trzasnęły z wielkich hukiem. Zamarłem na chwilę. Teraz naprawdę nie widziałem nawet własnego nosa. Z rozpostartymi na boki rękami ruszyłem ku wyjściu. Na zewnątrz znowu panowała cisza. Powoli sunąłem w stronę domu, kiedy strzeliło, wielki błysk tuż nade mną rozjaśnił całe podwórze. Kątem oka zauważyłem, że drewutnia jest otwarta. Dziwne, zawsze pamiętałem, aby zamknąć, usłyszałem jakiś cichy trzask. Niebo znowu pojaśniało, podbiegłem, zamknąłem drzwi, założyłem kłódkę. Trzask się powtórzył – gdzieś z lewej strony. Rozejrzałem się. Usłyszałem w głowie słowa dziewczyny – Nie boisz się lasu? W tym momencie lunęło jak z cebra. Szum walących się z góry wielkich kropel narastał w ułamkach sekund, wiatr przeginał czubki drzew, smagając nimi powietrze to w lewo to w prawo. Prawie biegiem – na tyle, na ile pozwalały ciemności – czując na plecach ciężkie kuliste uderzenia – dopadłem tarasu. Przetarłem mokre włosy. Odwróciłem się. Wiatr zrzucił z poręczy doniczkę. Przez chwile patrzyłem na szalejący żywioł. Wszedłem do domu, przekręciłem klucz. W tym momencie znowu rozległ się przeciągły huk, błysk i zgasło światło.

Czytaj kolejny rozdział → KLUCZE DO ZAGADKI…

Zostaw odpowiedź

 


 
  1. Ania

    27 sierpnia 2014 o godz. 9:44 pm

    Podobało mi się. To, że „chyba nie da się uciec od ludzi, pojawią się prędzej czy później”. No, ludzie to jedni z nas.
    Przez tych, którzy się pojawiają widać trochę lepiej tego mężczyznę.
    I burza. To naprawdę niełatwe napisać opis tak, żeby się chciało go czytać do końca. żeby brzmiał prawdziwie. Ty to zrobiłeś. Fajnie :)

     
    • Lampart

      27 sierpnia 2014 o godz. 9:47 pm

      Dziękuję, dobrze jest wiedzieć, że się komuś podobało…

       
      • Ania

        27 sierpnia 2014 o godz. 9:57 pm

        Nie wiedziałam czy to fikcja czy prawda, ale w niektórych miejscach reakcje i odczucia są takie trafne. Więc jeśli to fikcja to wiarygodna, związana z rzeczywistością, nie płaska.dziękuję za coś fajnego przed snem :)

         
  2. Jagoda

    2 września 2014 o godz. 11:52 am

    Nareszcie ciąg dalszy :) już się martwiłam…..

    Czy naprawdę zamierzasz narobić tyle zapasów, by nie odwiedzać sklepów? ale na jak długo?, przecież zawsze może się okazać, że brakuje drobiazgu i pokusa zrobienia zakupów okaże się silniejsza :)

    Przestraszyłam się tych trzasków i jeszcze brak światła, burza i noc brrrrr…. potrafisz trzymać w napięciu….ciekawe jak długo tym razem 😉

     
    • Lampart

      2 września 2014 o godz. 12:15 pm

      Mam taki zamiar…

       
      • Jagoda

        2 września 2014 o godz. 1:17 pm

        Myślę, że na wsi o wiele łatwiej jest przeżyć choćby dlatego, że jak stracisz pracę nikt z własnego domu Cię nie eksmituje za to, że nie płacisz czynszu, jeśli masz swoją studnię to wody Ci też nie odetną :) , co najwyżej z prądem mogłyby być kłopoty.
        A Ty….wodę czerpiesz ze studni?

         
        • Lampart

          2 września 2014 o godz. 1:35 pm

          Jest zdecydowanie łatwiej. Nawet jak stracisz pracę to jak tu mawiają – las cię wyżywi.

           
  3. Karol

    17 września 2015 o godz. 1:47 am

    Świetne opisy…dobrze dobrane napięcie i stała tajemnica, która każe czekać na ciąg dalszy :)

     
    • Lampart

      18 września 2015 o godz. 12:11 am

      Dziękuję, będzie ciąg dalszy.

       
 
error: Content is protected !!