RSS
 

A kto chciał zostać Bogiem…

Rozdział XII

Lato było gorące i nie kapryśne. Skalniaki przy domu rozrastały się, tworząc coraz większe, niebieskie, ogromne półkule. Ich delikatna powierzchnia zbudowana z drobniutkich błękitnych kwiatków swoją gęstością przerastała najlepsze perskie dywany. Wyglądały zaskakująco pośrodku brunatno zielonej barwy krzaków młodych drzewek, pni, mchu i paproci oraz kamieni, których dookoła przybywało z każdym moim wyjazdem. Surfinie na tarasie gęstniały i zaczynały zwisać długimi ukwieconymi fioletowymi warkoczami. W lesie pojawiły się jagody. Ciemne i lekko podłużne lub w kształcie krągłych bombek wisiały bogato stłoczone na swych kruchych gałązkach, czekając na swojego amatora. Pośród tej wszelkiej roślinnej dobroci świergoliły ptaki, jeże łaziły w chruśniakach, sarny skakały bezgłośnie, szaraki tupały w popłochu, a ja kopiałem doły pod słupki ogrodzenia. W przerwach zbierałem jagody. Jadłem je z cukrem albo robiłem pierogi, które miały tę zaletę, że zakrapiane suto śmietaną i posypane cukrem lub polane lodami były jednocześnie obiadem i deserem. Oprócz jagód przynosiłem z lasu rośliny; paprocie, smółki stokrotki, łubiny. Jak tylko zauważyłem coś ciekawego, natychmiast wykopywałem i wsadzałem w pobliżu domu. Najwięcej posadziłem kostrzewy, podobała mi się ta rosnąca gęstymi kępami trawa, zwłaszcza jak była młoda. Wszystkie te czynności, choć proste, sprawiały mi ogromną przyjemność, dzięki nim osiągałem coś, czego zdobycie nie stanowiło żadnego wysiłku, nie było zależne od innych, nie wymagało konkurowania, rozpychania się łokciami i nie wymagało całego tego, skrytego, siedzącego w każdym, makiawelicznego sposobu osiągania.
Czasami robiłem wypady do miasta. Zauważyłem, że każdy kolejny, już choćby tylko na przedmieścia, sprawia mi coraz większy ból. Oczywiście nie fizyczny,ale taki, który pojawiał się gdzieś w głowie, robiło się ciasno, myśli się płoszyły, a zmysły zmuszone były do skupienia się na rzeczach zupełnie zbędnych; na korkach, na zaduchu gęstym od spalin, na ogromnej ilości dźwięków, z których trzeba było wyławiać i nasłuchiwać tych najważniejszych, niosących ostrzeżenia; klaksonów, pikających sygnalizacji świetlnych, dzwoniących tramwai. Do tego dochodziło całe tło szurających i stukających butów, gwar rozmów, trzask zamykanych czy otwieranych drzwi, miarowe uderzenia kafara z daleka. Z miasta przywoziłem głównie książki oraz dokonywałem zakupów rzeczy, które wydawały mi się niezbędne jak na przykład; piła spalinowa czy maszyna do chleba, bez sensu by było zimą przedzierać się do wsi z powodu chleba, lepiej być niezależnym, na dodatek koszt takiego wypieku to nie cała złotówka, dodatkowy plus to brak chemii. Tak zapełniałem dom w niezbędne przedmioty i z każdym dniem miałem coraz mniej powodów do opuszczania lasu.
Dzisiejsze popołudnie postanowiłem spędzić nad jeziorem. Zapakowałem sobie gomółkę twarogu, oliwki sałatę i mieszek ze świeżo mielonym pieprzem. Odkąd miałem mleko prosto od krasuli, robiłem z niego przedni twaróg, najlepszy był taki z mocno ukwaszonego mleka, nie do końca uwarzony i nie do końca wyciśnięty, zawierający sporą ilość serwatki. Zawinąłem wszystko w lnianą ściereczkę, wsadziłem, do chlebaka, wziąłem wędkę i poszedłem nad jezioro. Wszedłem na pomost. Rozejrzałem się. W pobliżu nie było nikogo, jedynie po drugiej stronie jeziora, pomiędzy szuwarami dojrzałem maleńką postać pewnie też amatora ryb. Położyłem chlebak, zwolniłem haczyk i zarzuciłem, po sekundzie usłyszałem ciche plum, spławik chwilę leżał na powierzchni, po czym podniósł się i stanął na baczność. Usiadłem, zwieszając nogi nad wodą. Deski były miło ciepłe. Nagrzane przez słońce. Patrzyłem się na spławik, który kołysał się delikatnie na maleńkich falach. Było coś w tym magicznego. Człowiek siedział. Patrzył. Wyłączał się. Myśli uciekały gdzieś poprzez żyłkę i spławik łączyły z powierzchnią wody rozchodząc po jeziorze. To były tak zwane moje chwile „przypływu”, spokojne i ciche. Po godzinie miałem już trzy ładne okonie w siatce. Zgłodniałem, wyjąłem liść sałaty i położyłem na serwecie, oliwki dodałem do twarogu, uformowałem z niego gruby na półtora palca walec. Na sałatę wysypałem i rozłożyłem równomiernie mielony pieprz, położyłem twaróg i zawinąłem, mocno przyciskając. Tak powstałe grube cygaro, pokroiłem w kawałki jak sushi. Lnianą serwetkę przysunąłem na skraj pomostu bliżej wędki, usiadłem i włożyłem pierwszy kawałek do ust. Przez kolejne minuty, żułem powoli kawałek za kawałkiem, na koniec wszystko popiłem czerwonym winem, które przyniosłem w niewielkim półlitrowym termosiku. Czułem się świetnie. Nie ma w mieście niczego, co mogłoby zastąpić taką chwilę. Wyjąłem papierosa i zapaliłem. Słońce wielką czerwona kulą znikało za lasem, miało się wrażenie, że za moment wznieci pożar. Moje myśli uciekły w stronę Hiszpanii. Tez miała takie słońce, nawet większe, ale tam gdzie byłem, schodziło ono do wody i nie kojarzyło się z niebezpieczeństwem…
Kiedy jechałem do tego kraju pełnego gitar, tańca – słonecznego temperamentu -byłem dobrej myśli. Próbowałem sprawdzić kontrahentów, z którymi miałem się spotkać, jednak nie miałem na to czasu. Dzisiaj myślę, że Valdemaro celowo zawiadomił mnie w ostatniej chwili. Znał mnie i wiedział, że nie zgodziłbym się na takie zwariowane działanie. Z Wageningen wyjechałem godzinę po rozmowie – o siedemnastej. Miałem jakieś 1700 kilometrów do pokonania. Skręciłem w Stationsstraat potem w prawo w kierunku Stadsbrink, kiedy minąłem rondo, jedną ręką otworzyłem laptopa. Włączyłem, ekran błysnął, chwilę trwało za nim się załadował system. Wpisałem nazwę banku i wszedłem na stronę logowania. W Hiszpanii z banku miałem podjąć pieniądze, okrągłą kwotę dwudziestu tysięcy dolarów. Nie zdziwiło mnie to, zdarzały się takie transakcje gotówkowe, gdzie z kont niefirmowych były podejmowane pieniądze, okazja musiała być duża skoro Valdemaro tak się spieszył. Zjechałem na Nijmegen, chciałem jak najprędzej wydostać się przynajmniej na A2. Zerknąłem na ekran, wszytko było w porządku, pieniądze były już zdeponowane na podanym koncie.
Przejechałem jakieś sto osiemdziesiąt kilometrów, zostawiając za sobą Holandię. Wjechałem do Belgii. Postanowiłem zadzwonić do Alessio Scozzari.
– Cześć.
– Cześć – usłyszałem zdarty, charakterystyczny głos Alessio – Słyszę, że już w drodze.
– Ta, wjechałem własne do Belgii.
– Słuchaj, wiesz coś o tej transakcji w Hiszpanii?
– Niewiele.
– A konkretnie?
– Konkretnie, że chodzi o procesory.
– A druga strona, no wiesz dostawcy, wiesz coś o nich?
– Nie. Stary ogłosił embargo na wiadomości, zresztą osobiście wszystko załatwiał, więc wygląda na to, że nie ma nawet tych, od których można by było się coś dowiedzieć.
– Nie wiesz czemu wszystko na wariata?
– Nie znasz Valdemaro? Cena, na pewno cena jest jakby to powiedzieć, niepowtarzalna. Wiesz jak go łatwo skusić.
– Możesz ich jakoś sprawdzić?
– Nie wiem nawet kogo mam sprawdzać, nie znam nazwisk.
– Ja znam.
– Dawaj.
– Czekaj – sięgnąłem do marynarki po kartkę – pisz, Alejo Nájera i Edgar Neumayer. Ten drugi to chyba Niemiec albo Polak.
– Dobra, zobaczymy, co da się zrobić.
– Wszystko, czego się dowiesz, pchnij mi na e-maila.
– Dobra, załatwione. O której masz to spotkanie?
– W samo południe.
– Już to kiedyś nakręcili – zaśmiał się, chrypiąc
– No, to postaraj się i dowiedz czegoś, aby to nie był remake, zemną w roli głównej.
– Dobra, spokojnie.
– Wiesz co i popytaj też o procesory. Poczytaj w prasie, nawet kilka miesięcy wstecz, jakieś wydarzenia, cokolwiek gdzie będzie słowo procesory
– Spokojnie nie obstawiam pierwszy raz.
– Dobra będę czekał.
– Ok. Na razie.
Jak tylko się rozłączył wybrałem kolejny numer tym razem do Patrizi, zajmowała się logistyką.
– Cześć, słuchaj, mam szybkie pytanie.
– Cześć. Jak szybkie?
– Jak błyskawica – uśmiechnąłem się. Patrizia była atrakcyjną dziewczyną o czarnych oczach i jak na włoszkę przystało z nerwem na zawołanie. Mówiło się, że miota błyskawice, poczym niczym harpia spada na ofiarę.
– Nie żartuj, tylko dawaj, nie ma czasu.
– Dobra słuchaj mamy kogoś w hiszpanii ?
– Kogo ?
– No, czy jest tam ktoś może od nas, ktokolwiek przedstawiciel, kierowca wszystko jedno.
– Z tego, co mi wiadomo, to nie
– A jakiś hiszpański sprawdzony dostawca, odbiorca ktokolwiek z kim współpracujemy od jakiegoś czasu ?
– Jest firma Dibian od wag z drukarkami i kilku pomniejszych dostawców nie wartych zainteresowania, generalnie Hiszpania słabo opanowana, a czego potrzebujesz?
– A w takiej miejscowości jak Peniscola, jest jakiś odbiorca sklepik hurtownia?
– Pierwsze słyszę, w tym roku na pewno nie, ale mogę sprawdzić poprzednie lata.
– Sprawdź, proszę i daj mi znać.
– Po co ci to?
– Ma tam coś do załatwienia.
– Szukasz towarzystwa?
– Dokładnie, zgadłaś, chciałbym poczuć się raźniej.
– Sprawdzę, jak coś znajdę zadzwonię.
– Ok. Dzięki.

Wzgórza Irta

Wzgórza Irta

O dziesiątej rano w słońcu i piachu wjeżdżałem do Peniscoli, niewielkiego miasteczka w prowincji Castellón, na wybrzeżu kwitnącej pomarańczy, czyli Costa del Azahar. Pieniądze wypłaciłem w Gironie, miałem więc trochę czasu. Wjechałem w Calle Pigmalión potem minąłem rondo i wyjechałem na Av. Papa Luna. Zatrzymałem przy promenadzie. Nie chciałem spać, rozłożyłoby mnie to na łopatki. Patrizia nie zadzwoniła, czyli nic nie znalazła. Odpaliłem komputer, cholera zostawiłem w stanie uśpienia, niepotrzebnie, mogłem wyłączyć, nie miałem zapasowej baterii. Odebrałem pocztę – pusto.
– Cholera – zakląłem.
Zadzwoniłem do Valdemaro. Jeden sygnał, drugi, trzeci, włączyła się automatyczna sekretarka.
– Cholera – znowu zakląłem.
Wysiadłem, zrobiłem kilka przysiadów, pokręciłem głową, pocierając jednocześnie kark.
Przeszedłem się kilka kroków. Przeszedłem na druga stronę, wszedłem do niewielkiego sklepiku i kupiłem dwie puszki zimnego Red Bulla. Wróciłem do samochodu, wypiłem jedną po drugiej.
Za piętnaście dwunasta zadzwonił telefon, wyświetlił się numer hiszpański.
– Hallo
– Buenos dias – usłyszałem w słuchawce. Pan? – tu wymienił moje imię i nazwisko.
– Buenos dias. Z kim mam przyjemność?
– Alejo Nájera. Mamy się dzisiaj spotkać chciałem zapytać, czy dojechał pan szczęśliwie, jest pan już na miejscu ?
– Tak oczywiście.
– Dobrze. Za chwile powinien dotrzeć mój wspólnik Edgar, trochę się spóźnia. Mam nadzieję, że po biznesie, znajdzie pan czas, zapraszam pana na obiad i może coś mocniejszego, Gdzie pan się zatrzymał ?
Wychyliłem się przez okno i rozejrzałem.
– PEÑÍSCOLA PLAZA SUITES – przeczytałem pierwszy lepszy neon – Gdzie się spotykamy – zmieniłem temat?
– U pana, w Hotelu.
– Dobrze, czyli o dwunastej?
– O dwunastej.
Wybrałem ponownie numer do Valdemaro, znowu odezwała się sekretarka.
Spojrzałem na laptopa, kliknąłem odbierz, na chwile pojawił się pasek pobierania i napis „masz jedną wiadomość” ekran zrobił się czarny, padła bateria.
– Kurwa – zakląłem.
Sięgnąłem do torby.
– Szlag – znowu zakląłem. Nie wziąłem zasilacza.
Wysiadłem z samochodu, przeszedłem na druga stronę i wszedłem do hotelu sąsiadującego z PLAZA SUITES. Nie miałem zamiaru być słowny.
Z holu próbowałem zadzwonić do Alessio, jego telefon tez nie odpowiadał.
– Cholera, co jest!
Zadzwoniłem do Patrizi.- Cześć, jest tam gdzieś w pobliżu Valdemaro albo Alessio? Nie mogę się dodzwonić.
– Oboje na spotkaniu, nie złapiesz ich teraz, próbuj za pół godziny.
Nie miałem tyle czasu. Włączyłem internet w komórce, przerwało i odezwał się dzwonek.
– Halo.
– Jestem pod hotelem, jaki ma pan numer pokoju? – Usłyszałem głos Alejo Nájera.
– Zaraz do panów podejdę, spotkamy się na dole.
Dopełniłem formalności w recepcji i szybko wpadłem do pokoju. Pieniądze wrzuciłem za małą barową lodówkę. Po chwili byłem już na ulicy. Wszedłem do PEÑÍSCOLA PLAZA SUITES, na kanapie przy recepcji siedział trzydziestoletni mężczyzna. Czarne dłuższe kręcone włosy, zaczesane do tyłu, ciemna karnacja skóry, ubrany w jasne polo kremowe spodnie i ciemnobrązowe mokasyny.
– Banderas cholera – pomyślałem.
Skierowałem się w jego stronę. Widząc mnie, podniósł się, a na jego twarzy pojawił szeroki uśmiech.
– Buenos tardes jak się domyślam pan Alejo Nájera?
– Buenos tardes – miło mi – odpowiedział, podając rękę.
– A gdzie pana wspólnik? – Rozejrzałem się.
– Niestety coś z samochodem.
– Czyli czekamy?
– To na nic, muszę po niego podjechać, utknął dosłownie dziesięć kilometrów stąd.
Może pojechałby pan ze mną, zabierzemy go i wrócimy tutaj? Po drodze omówimy szczegóły – dodał.
– Oczywiście, nie widzę problemu – odparłem swobodnie, jednak coś mnie zaniepokoiło…

Latariia do której dojechaliśmy

Latariia do której dojechaliśmy

Spławik zniknął pod wodą, zaciąłem. Poczułem duży opór, powoli kręciłem korbką kołowrotka. To był leszcz, spory, piękny okaz. Jedzenia będzie na dwa dni.
Do domu wróciłem, kiedy zaczęło robić się szaro i chłodno. Ryby rzuciłem do zlewu i umyłem ręce. Wyszedłem na zewnątrz. Jak spędzić wieczór ? Telewizora już nawet nie włączałem, chyba zaczynało mi wystarczać, że po prostu jest. Zdecydowałem się znowu na ognisko. Naznosiłem drzewa, potem wybrałem najszerszy pieniek, jaki znalazłem pod tarasem i przeniosłem go, w poliże paleniska. Z drewutni przyniosłem siekierę i porąbałem na nim gałęzie na mniejsze kawałki, ułożyłem z nich spory stos i podpaliłem. Podszedłem do studni, ruszyłem parę razy dźwignią, nabrałem wody w garście i się napiłem. Wróciłem do domu po laptopa. Miałem ochotę na muzykę. Podłączyłem małe przenośne głośniczki. Wybrałem Tangerine Dream. Po chwili z głośników popłynęło kojące; Tiger, tiger, burning bright In the forests of the night, Tiger – kliknij
Płomienie ogarnęły całe drzewo, języki ognia pięły się do góry. Igliwie z cienkich gałązek strzelało iskrami, a dym roznosił swój intensywny zapach. Znowu stanęły mi przed oczami obrazy z Hiszpanii. Alejo Nájera skierował samochód w kierunku gór Irta, które okalały miasteczko. Potem wypadki potoczyły się szybko.

Zejście do morza

Zejście do morza

Wielokrotnie odtwarzałem w myślach te obrazy, byłem czujny, a jednak dałem się podejść. Ocknąłem się wieczorem i pierwsze co zobaczyłem to ogromną czerwoną kulę słońca, chowającą się do morza – żyłem. Pieniądze ocalały tylko dzięki temu, że nie wiedzieli, w jakim hotelu się zameldowałem. Dorzuciłem dwa polana do ognia, wstałem i poszedłem po flaszkę. Wlałem w siebie pierwszy kieliszek, po chwili drugi i trzeci. Zmieniłem muzykę w laptopie na Kitaro. Miesiąc później znalazłem ich. Byli zaskoczeni, kiedy wszedłem do ich pokoju hotelowego w Benicàssim – cholernie zaskoczeni…


Zapaliłem papierosa i płożyłem się, muzyka przenikała do umysłu wraz z zapachem lasu. Zamknąłem oczy. Teraz byłem całym sobą tu i teraz, ale jak tu doszedłem? Kto wyznacza nam te ścieżki? Podniosłem się, wyszukałem w laptopie „Korowód” Grechuty.

Kto pierwszy szedł przed siebie?
Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy z nas rozpoznał?
Kto wrogów? Kto przyjaciół
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic?
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?

Kto wyznacza nam te ścieżki? Dlaczego ja to ja? Dlaczego moja świadomość nie znajduje się w innym ciele, na innej drodze życia, w zupełnie innym miejscu? A jeśli jestem tu, w tym miejscu, tylko ja i ta noc, ten las, to czy jestem Bogiem ? Czy to ja tworzę to wszystko? Czy wraz z otwarciem oczu rano, to ja powołuje do życia ten świat? Czy można założyć, że jak nie ma mnie, to nie ma tego świata? Kiedy śpię, kiedy umieram? A jeśli ja tworzę ten świat to, czemu taki ułomny? Dlaczego człowiek w moim świecie biegnie poprzez gąszcz, zarośla, poprzez wyboje, kamienie, kalecząc się, powołując do życia blizny, skoro obok biegnie asfaltowa, prosta droga? Dlaczego biegnie, skoro wystarczy iść ? Nalałem kieliszek wódki do pełna i wypiłem, na twarzy pozostawał mi przez chwilę grymas wstrętu. Papieros i zaciągnięcie, mocne długie, żar rozjaśnił na chwilę ciemność. Tam w górze gwiazdy, niebo bezkres, niewiadoma, rytm, sens zawarty pomiędzy wymiarami, tutaj chaos, ucz się, to sobie kupisz to czy tamto, pracuj, zarabiaj, biegnij, pędź, goń króliczka. Czy szczęście to naprawdę najnowszy telefon komórkowy sportowy samochód? Nalałem kolejny kieliszek, wypiłem, ciepło znowu rozeszło się po całym ciele i to miłe rozluźnienie. Czy zmieniłbym swoje życie, gdybym wiedział to, co wiem teraz? Tak, poszłoby innym torem, ale wtedy kiedy byłem wychowankiem cywilizacji, moje działanie wydawało się, że ma cholera sens. Leżałem tak kilka godzin, co jakiś czas zmieniając utwory. Nie zauważyłem, jak zaczęło robić się szaro. Przysnąłem. Obudziłem się nagle, było już jasno. W kompletnej ciszy – ptaki jeszcze spały – usłyszałem jakiś szmer. Pomyślałem początkowo, że to spóźniony jeż, tylko one tak głośno i bez strachu łażą po lesie. Podniosłem się, podszedłem do skraju ogrodzenia. Nasłuchiwałem. Szmer był zbyt miarowy. To nie jeż. Odpiąłem zatrzask pochwy noża, bardziej prewencyjnie niż, z poczucia zagrożenia. Dźwięki były swobodne, nie czułem, aby ktoś próbował je skrywać. Stałem i czekałem. Po kilkunastu sekundach za ogrodzeniem rozchyliły się krzaki i pojawił się Szymon z koszem w ręku.
– Co ty tu robisz o tej porze?!
Stał i patrzył tez trochę zaskoczony.
– Jedyną osobą, która ciągle gdzieś się skrada, jesteś ty, gdziekolwiek zajrzę, pod jakikolwiek kamień, siedzisz tam ty, albo się uparłeś, albo to mnie trawi jakaś obsesja ! – kontynuowałem trochę poirytowany.
– Idę na grzyby – odparł spokojnie.
– Na grzyby? Nie ma jeszcze grzybów.
– Są
– I tak sam?
– A z kim?
– I musisz tędy akurat?
Wzruszył ramionami.
– Gdzie ty właściwie mieszkasz?
Znowu wzruszył ramionami.
– Tutaj.
Myślałem przez chwilę nad tą prostą zaskakującą odpowiedzią. Dobrze powiedziane „tutaj”. Ja też mieszkałem „tutaj” i sklepowa i czarownica i on, wszyscy mieszkaliśmy tutaj. Machnąłem ręką, odwróciłem się i poszedłem do ogniska. Chłopak stał przez chwilę, myślałem, że pójdzie za mną, ale kiedy się obejrzałem, już go nie było. Usiadłem przy ogniu i patrzyłem w jego nikły przygasający płomień, zgasł, parę iskier wyzwoliło się w tym ostatnim tchnieniu i skoczyło gdzieś do góry, pozostał ciemnopomarańczowy żar spalonych polan. Świtać był szarawo i wilgotny, ale ciepły. Wstałem, wziąłem butelkę, ściągnąłem buty i ruszyłem szybkim krokiem za dom, minąłem go, zbiegłem po skarpie i po sekundzie byłem na łące. Brodziłem w soczystej, zielonej, zroszonej trawie, która moczyła i chłodziła moje stopy. Szedłem, wchłaniając świeże powietrze, jeszcze nie parne, nie suche, niezmęczone czy przesycone słońcem, a bogate nocą, pełne jej wytchnienia. Wszystko dookoła już rozświetlone porankiem, ale jeszcze ciche zaspane. Dziwne, nie czułem się jak intruz, ale jak kolejny element tej przestrzeni. Zatrzymamy się na skraju wysokiego zbocza, jezioro srebrzyło się równą taflą, miejscami przykrywały ją mleczne mgły. Zszedłem ścieżką wijącą się pomiędzy młodymi krzewami i drzewami. Stanąłem na malutkiej plaży, której centralną cześć stanowił wielki karcz wspierający się na swoich koślawych powyginanych drewnianych nogach niczym jakaś zastygła ośmiornica. Po chwili jej ramiona obarczone były moją koszulką i krótkimi spodenkami. Wszedłem do wody znużyłem się. Było dobrze..

The Tiger – Utwór „Tangerine Dream” do wiersza Williama Blake (1757–1827)

Tygrysie, tygrysie, z gorących promieni
Płonących wśród nocnych zarośli i cieni.
Ach, jakaż to nieśmiertelna dłoń lub wzrok
Utkały straszliwą symetrię twą.

Wśród jakich dalekich otchłani czy niebios
Ognisko twych oczu gorąco płonęło?
Na jakich to skrzydłach ktoś musiał się wznosić?
Dłoń jaka zdołała ten ogień ułowić?

I jakie ramię, i jaki kunszt dawny
Umiały serca twojego spiąć ramy?
A kiedy bić zaczęło serce,
Jakie nogi? Jakie ręce?

Jaki młot? Jaki sznur?
W jakim piecu był twój mózg?
Na jakim kowadle? W jakich okowach?
Zdołały tę grozę tętna pokonać!

Gdy gwiazdy w dół sypnęły włóczniami
I zmyły niebo swoimi łzami:
Czy widząc swą pracę uśmiechnął się?
Czy ten, kto stworzył Baranka, dał ciebie też?

Tygrysie, tygrysie, z gorących promieni
Płonących wśród nocnych zarośli i cieni.
Ach, jakaż to nieśmiertelna dłoń lub wzrok
Poskromią straszliwą symetrię twą.

tłum. Alx/poewiki

Czytaj kolejny rozdział → INTYMNOŚĆ

Zostaw odpowiedź

 


 
  1. ~Jagoda

    22 czerwca 2015 o godz. 3:37 pm

    Niesamowita historia, jednak dobrze że skończyła się szczęśliwie :)

     
  2. 7wiatrów

    22 czerwca 2015 o godz. 3:41 pm

    „Kto wyznacza nam te ścieżki ? Dlaczego ja to ja ? Dlaczego moja świadomość nie znajduje się w innym ciele, na innej drodze życia, w zupełnie innym miejscu ? A jeśli jestem tu, w tym miejscu, tylko ja i ta noc, ten las, to czy jestem Bogiem ? Czy to ja tworzę to wszystko? Czy wraz z otwarciem oczu rano, to ja powołuje do życia ten świat ? Czy można założyć, że jak nie ma mnie, to niema tego świata ? Kiedy śpię, kiedy umieram ? A jeśli ja tworzę ten świat to czemu taki ułomny ? Dlaczego człowiek w moim świecie biegnie poprzez gąszcza, zarośla, poprzez wyboje, kamienie, kalecząc się, powołując do życia blizny skoro obok biegnie asfaltowa, prosta droga ? Dlaczego biegnie, skoro wystarczy iść ? Tam w górze gwiazdy, niebo bezkres, niewiadoma, rytm, sens zawarty pomiędzy wymiarami, tutaj chaos, ucz się to sobie kupisz to czy tamto, pracuj, zarabiaj, biegnij, pędź, goń króliczka. Czy szczęście to naprawdę najnowszy telefon komórkowy sportowy samochód ?—————————————————————————
    Boże, a ja myślałam, że tylko ja zadaję sobie takie pytania. Pięknie piszesz.

     
  3. Krysia

    30 listopada 2015 o godz. 5:58 pm

    czytam i szukam tego rozdziału INTYMNOSC cosik znalesc nie mogę…nie powstał 😛

     
    • Lampart

      9 grudnia 2015 o godz. 12:23 am

      Jak to, przecie jest

       
 
error: Content is protected !!