RSS
 

Boga wojny imię moje jest…

OdryRozdział XVII

Zerwałem liście i zabrałem się za odkopywanie korzeni. Grube i sprężyste twardo siedziały w ziemi. Używając łopaty, starałem się delikatnie dookoła zruszyć ziemię, co jakiś czas próbując je wydostać.
– Pomóc? – Usłyszałem za sobą. Spojrzałem. Chłopak stał kilka metrów za mną i wpatrywał się we mnie.
– Dawaj, ciągnij te korzenie.
Podszedł i spojrzał w dół.
– Po co to? – Zapytał.
– To chrzan – Odpowiedziałem.
– Chrzan? – zdziwił się.
– Co jest? Nie widziałeś nigdy chrzanu? – Tym razem ja się zdziwiłem.
– Widziałem. W słoiku.
– A tam, w słoiku – machnąłem ręką. Bierz i ciągnij.
– Nie łatwiej kupić?
– Łatwiej, ale tam jest tyle chrzanu, co kot napłakał, sama chemia. A tu masz prawdziwy, dziki. No bierz się do roboty, chciałeś pomóc.
Chłopak schylił się i zaczął rękami odgarniać ziemię.
– Zobaczysz, jak utrzemy jaką będzie miał moc – rzuciłem. – Lubisz chrzan w ogóle? – Zapytałem.
– Wolę ketchup – odparł z wysiłkiem, próbując wyrwać jeden z grubych korzeni.
– Ketchup może być, ale też własnej roboty, te sklepowe to lipa.
– Mi smakują – stęknął.
– Smak to nie wszystko, nie Można kierować się tylko smakiem. Człowiek powinien myśleć o treści, a nie o okładce.
– Smak to okładka?
– Jakby to powiedzieć – zastanowiłem się. – Chipsy są dobre, ale całkowicie niezdrowe, cukierki też psują zęby, a i zmarszczek przybywa. Nie opłaca się płacić za smak zdrowiem. Zbyt duża to cena.
– Skąd pan to wie?
– Dobre pytanie – pokiwałem głową, wkładając kolejny korzeń do wiaderka. – Dawaj, jeszcze ten ostatni. Odgarnęliśmy rękami ziemi, ile się dało i pociągnęliśmy. Urwał się z głośnym chrupnięciem.
– Kiedyś żyłem na wsi. Tak jak ty. Było to wieki temu. Ludzie żyli inaczej. Tyle że wtedy też nie zdawałem sobie sprawy z tego wszystkiego. Pędziłem do wygody do tych słoików i tej całej tandety. W każdym razie coś tam mi w głowie zostało, reszta to książki i intuicja.
Zasypałem łopatą powstały otwór.
– Weź wiadro, idziemy do studni, umyjemy te skarby.
– Dzisiaj nikt nie kopie chrzanu. Mama kupuje gotowy.
– Właśnie. Świat się zmienił i to chyba bardziej widać po wsi niż mieście.
Pompowałem wodę.
– Tylko trzyj tą szczotą dobrze, musi być czysty bez ziemi.
– I co z tym zrobimy?
– Jak to co, utrzemy na tarce, tylko przed tym włożymy do zamrażarki.
– Po co?
– Jakbyśmy go tarli w takim stanie, zapłakalibyśmy się na śmierć, jest gorszy od cebuli.
Milczał dłuższą chwilę.
– A co Pan robił wcześniej? No, – zająknął się – zanim tu przyjechał?
Wzruszyłem ramionami.
– Jakby tak podsumować, to same głupoty.
– Po co?
Uśmiechnąłem się.
– Właśnie, po co. Wiesz, poznawałem rodzaj ludzki. Znaczy ludzi.
– I co?
– I jestem tutaj, z dala od nich. Chodź, napijemy się lemoniady, ma już jeden dzień, taka najlepsza, liście mięty i skórki z cytryny puściły swoje soki.
– Ja chciałbym w świat.
Popatrzyłem na jego jasną czuprynę. Spojrzeliśmy na siebie.
– Każdy chce go spróbować, tylko nie każdy potrafi wrócić. Wielu zostaje i pędzi w kołowrotku jak chomik czy mysz, widziałeś takie myszki w sklepach?
– Nie.
– No to właśnie tak to wygląda.
Popatrzył na mnie, najwyraźniej nie rozumiejąc mojej odpowiedzi.
– Kiedyś wszystko zrozumiesz – rzuciłem uniwersalne słowa starych mędrców.
I pan chce tu siedzieć bez ludzi?
– Nie. Ja nie chcę, aby oni przyszli tutaj.
– Ja przychodzę – odparł przytomnie.
– Ciebie jakoś zniosę – uśmiechnąłem się. Nagle klepnąłem się rękami po udach i podniosłem ze schodów – widziałeś moją ziemiankę? Już skończyłem. Choć zobaczysz w środku.
Chłopak podniósł się bez słowa.
Kiedy podeszliśmy, zajrzał do środka.
– Ciemno.
– Nie ma tam światła, ale ma lampę naftową. Poczekaj, zapalę.
Niewielki płomień oświetlił wnętrze.
– To się nie zawali?
– Nie, spokojnie – zaśmiałem się – wszystko oparte na łuku. Wiesz co to sklepienia łukowe?
– Nie.
Jakby to wyjaśnić najprościej – zastanowiłem się. Widzisz, jak weźmiesz połowę piłki i obłożysz kamieniami, to siła się tak rozkłada, że idzie łukami do ziemi, gdyby było płasko zapadłoby się. Rozumiesz?
Zrobił minę, z której wynikało, że nie bardzo, ale jednocześnie pokiwał głową potakująco.
– Nie ważne, możesz śmiało wchodzić.
– Co tu będzie?
Będę tu trzymał przetwory, ziemniaki i wszystko inne, co potrzebuje chłodu, a jednocześnie nie morze zamarznąć. Prosto mówiąc, zapasy na zimę.
– Fajnie – powiedział bez entuzjazmu.
– Dobra chodźmy. Może pójdziemy nad jezioro, wykapać się?
Skrzywił się jednoznacznie.
– Masz rację, trzeba ćwiczyć, weź noże, są na stole w kuchni.
Widziałem, jak się żywił, a jego oczy stały się bardziej błyszczące. Wyszedł z ziemianki i pobiegł w stronę domu.
– Zobacz, siłę można zwiększyć, rzucając z wyskoku. – Powiedziałem, kiedy byliśmy już na polance. Obiłem się w powietrze jak do serwisu i rzuciłem z całej siły. Dało się słyszeć krótki furkot i tępy dźwięk wchodzącego ostrza w drzewo.
– Jacie, ale weszło – powiedział z nieukrywanym zachwytem.
– Nauczysz się.
Po dwu godzinach leżeliśmy spoceni na trawie i patrzyliśmy w niebo. Słońce już złagodniało i powoli schodziło z nieba gdzieś po lewej naszej stronie.
– Zjadłoby się co.
– Jesteś głodny?
– Trochę – przyznał.
– Choć, mam jeszcze kilka pierogów z czarną porzeczką. Lubisz takie? Ze śmietaną i cukrem są niezłe.
– Nie jadłem.
To spróbujesz. Podobny smak do tych z jagodami.
Podnieśliśmy się z ziemi i skierowali w stronę domu.
– Poczekaj, usiądź na tarasie, zaraz podgrzeję. Wszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę, wyjąłem pierogi i wysypałem na patelnię. Podpaliłem gaz – Chcesz może czegoś się napić, krzyknąłem. – Nie słyszał. – Szymon! Chcesz jeszcze lemoniady? Wyszedłem na zewnątrz. Na schodach tyłem do mnie siedziała ona.
– Szymon! – Rozejrzałem się. – Nie widziałaś tu chłopaka?
Odwróciła się.
– Chłopaka? Nie, nie było tu nikogo.
Wzruszyłem ramionami.
– Dziwne, zniknął. – Powiedziałem bardziej do siebie niż do niej.
Dziewczyna podniosła się ze schodów i weszła stopień wyżej.
– Nie dziwi się pan, że przyszłam?
Znowu wzruszyłem ramionami.
– Nie zdążyłem. Zdziwienia chodzą gęsiego, musi przejść pierwsze, zanim przyjdzie kolej na następne.
– Co to za chłopak? – zapytała, przyglądając mi się ciekawie.
– Tutejszy, taki szkrab, mieszka gdzieś obok, nawet nie wiem gdzie. Przychodzi czasami.
– Daleko się zapuszcza. Tu w promieniu kilometra nie ma żadnego gospodarstwa. – Weszła na taras, odwróciła się i oparła o poręcz, patrzyła gdzieś w las.
– Widocznie się nudzi we wsi.
– Może – odparła powoli.
– Właśnie podgrzewam pierogi z porzeczkami, może zjemy razem? – Zapytałem, wchodząc znowu do domu.
Stanęła za mną w drzwiach, zasłaniając wpadające światło.
– Nie. Dziękuję, przyszłam tylko zapytać co z tym ogniskiem.
– Było. Dwa dni temu – odparłem, przewracając drewnianą łyżką pierogi na druga stronę.
– Już nie będzie?
– Będzie.
– Jutro?
– Dlaczego jutro?
– Bo jutro mam czas.
– No więc będzie jutro.
– O której?
Zaraz jak zacznie porządnie zmierzchać. Za dnia ognisko nie ma w sobie żadnej siły.
– Tak. Trzy składniki; las, noc i ogień – powiedziała jakby z tęsknotą.
Nałożyłem sobie sporą porcję na talerz i polałem śmietaną.
– To co? Może jednak się skusisz?
– Nie, pójdę już. Mam – urwała – mam na imię Marta.
– Imię aramejskie znaczy pani, władczyni – Moje też jest proste, Mariusz. Pochodzi od Marsa.
– Boga wojny – uśmiechnęła się.

Czytaj kolejny rozdział → OGIEŃ, NIE WODA – PRZEWODNIKIEM MOIM BĘDZIE……

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!