RSS
 

Czarownica z mokrą głową…

Rozdział XI

Jezioro Miłoszwskie

Jezioro Miłoszwskie

Niedziela przywitała piorunami i potężna ulewą, Ogromne krople deszczu, jak ciężkie wypełnione wodą bańki mydlane, waliły o poręcze tarasu, pękając i rozbryzgując swoją zawartość dookoła. Patrzyłem przez okno w kuchni, zmywając po śniadaniu. Niebo było szare i ciężkie, po czubki najdalszych sosen nie widać było nadziei na zmianę aury. Kiedy skończyłem, wyszedłem na taras. Szum deszczu wszystko zamieniał w jedno wielkie „SZ”, a robił to tak głośno, że ukrywał w sobie każdy inny dźwięk. W telewizji w niedzielne rano – raczej nic nie znajdę, zresztą dzień zaczynać od telewizji – jest dobra na dobranoc, nie na dzień dobry. Zaparzyłem herbatę, przyniosłem pled, wyściełałem nim fotel na tarasie, rzuciłem jeszcze poduszkę pod plecy, wziąłem książkę i usiadłem. Garcia Marquez „O miłości i innych demonach” taką znalazłem w sypialni, robiąc porządki. Sto sześćdziesiąt pięć stron,  to akurat zajmie czas do obiadu — pomyślałem. Po chwili już byłem gdzieś indziej. Nie zauważyłem, kiedy cisza pokonała szum deszczu i dopiero pierwsze nieśmiałe promienie słońca, które padły mi na twarz, wyrwały mnie z mrocznego klasztoru i obsranego ptasimi odchodami marquezowskiego miasta. Odłożyłem książkę, spojrzałem w niebo, było przejrzyste i jasne jakby umyte ulewą. Widać tam na górze tez musza robić od czasu do czasu porządki – uśmiechnąłem się. Czułem, jak zmienia mi się nastrój, ten deszczowy był bardziej duchowy i mimo wszystko trochę szkoda, że trzeba go pożegnać. Wstałem, zamknąłem dom i poszedłem przez las w stronę jeziora. Powietrze pełne ozonu, początkowo chłodne, teraz zaczynało nabierać słonecznej temperatury. Szedłem wzdłuż jeziora, to przybliżając się do niego, to oddalając, raz widziałem je z góry, raz znikało gdzieś za szuwarami i liśćmi drzew. Nagle coś się szarpnęło i wyrwało mi spod nóg, wzdrygnąłem się, serce zabiło mocniej, a przez całe ciało przebiegł strzał emocji. Kilka metrów przede mną sunął zygzakiem zając.
– Ale żeś mnie gnojku wystraszył – powiedziałem na głos, patrząc jeszcze przez chwilę, jak pomyka w trawie. Ruszyłem dalej, by po chwili wyjść na jakąś ścieżkę. Prawa jej krawędź podnosiła się znacznie, zupełnie zasłaniając widok. Lewa wręcz przeciwnie, chyliła się w stronę jeziora. Znowu usłyszałem jakiś szelest, skierowałem wzrok ku pobliskim zaroślom, skąd dochodził. Dojrzałem między nimi Szymona. Nienaturalnie zgarbiony, przyczajony, obserwował coś pomiędzy krzakami. Podszedłem powoli, starając się, aby mnie nie usłyszał – udało się. Stanąłem za nim i tez się schyliłem. W prześwicie zbudowanym z gałęzi krzaków i traw zobaczyłem stojąca tyłem dziewczynę – była naga.
– Czyś ty zwariował ? To raczej nie jest zbyt męskie – odezwałem się zupełnie głośno.
Wzdrygnął się, ale zapanował nad strachem i nawet się nie wyprostował.
– Nie jest? Ja myślałem…
– Przestań myśleć mały i już, zmiataj stąd.
Chłopak wyprostował się i odszedł kilka kroków, nie chciał na mnie spojrzeć, unikał mojego wzroku, ale i tak dojrzałem wypieki na jego twarzy.
– A pan ? – Zawołał
– Co ja ?
– No, a pan tu zostanie? Ona często pływa, jak pada – dodał, nie czekając na odpowiedź.
– A kto to jest ?
– Nie wie pan? To czarownica.
Coś mnie tknęło, schyliłem się i jeszcze raz spojrzałem w kierunku dziewczyny, była już ubrana. Jak mogłem nie poznać tych kruczoczarnych długich włosów. Wyprostowałem się, co za durna sytuacja – pomyślałem, zawsze człowiekowi przytrafiają się takie niezręczności.
– Dobra chodźmy stąd – zakomenderowałem.
Wyszliśmy na ścieżkę.
– W którą stronę pan idzie ?
– Tam wskazałem ręką.
– Ja idę na boisko.
Już był kilka kroków ode mnie, kiedy się zawahał i zatrzymał.
– Nie ciekawi pana, dlaczego nazywamy ją czarownicą ?
– Jakoś mnie to nie dziwi. Sam bym ją tak nazwał – dodałem.
Spacerowałem jeszcze z godzinę, robiąc sobie przerwy – małe posiedzenia na trawie, w trakcie których obserwowałem żuki, mrówki i całe mnóstwo innych zupełnie nieznanych mi stworów. Powietrze było już gorące i po deszczowym chłodzie nie zostało nawet wspomnienie. Teraz i ja bym się wykąpał. Szkoda, że nie ubrałem kąpielówek. Dotarłem do domu gdzieś koło godziny czternastej. Nie chciało mi się nic robić, a niedziela była dobrym usprawiedliwieniem dla hodowania lenia. Na obiad zadowoliłem się zupa szczawiową, którą ugotowałem z zebranego szczawiu rosnącego na polanie za domem. Wraz z grubą pajdą chleba stanowiła całkiem przyzwoity posiłek. Nasycony, zasiadłem znowu na tarasie z książką w ręku. Nie czytałem długo, ogarnęła mnie senność. Odłożyłem „Marqueza” podsunąłem drugi fotel pod nogi i przymknąłem oczy. Przez chwilę miałem jakieś myśli, marzenia, widziałem dziewczynę kopiącą się w jeziorze, San Carlo, hotel, pierwszy rower. Ze snu wyrwał mnie ból. Ścierpła mi noga, w którą wpijał się skraj wiklinowego fotela. Pomasowałem udo, wstałem, przeszedłem się tam i z powrotem. Poszedłem do kuchni, zajrzałem do lodówki, nie miałem za wiele i co najgorsze nie było pomidorów. Muszę zrobić jakieś większe zapasy, takie jeżdżenie do sklepu co chwilę nie ma sensu. Usiadłem i zacząłem przygotowywać listę tego, co można zmagazynować bez obaw o świeżość. Na dobrą sprawę trzeba byłoby też pomyśleć o zimie. Ziemniaki, jabłka, jakieś przetwory, wędliny własnej roboty, to się da przechować. Trzeba zastanowić się nad pomieszczeniami i przygotować je już teraz. Przydałby się tu jakaś ziemianka. Teren na sporym wzniesieniu raczej podtopienia nie grożą. Byłaby idealna. Im więcej o tym myślałem, tym bardziej pomysł wydawał mi się interesujący, wręcz rewelacyjny. Po chwili na mojej liście znalazło się dwadzieścia sześć pozycji, a zapewne nie wszystko mi przyszło do głowy. Ciekawe czy we wsi uda się znaleźć zaopatrzenie prosto od gospodarza, byłoby to najzdrowsze rozwiązanie. Z tą myślą wyszedłem z domu, zabierając po drodze kluczyki. Wsiadłem w samochód i po chwili jechałem w stronę wsi. Kiedy wyjechałem z duktu leśnego na polna drogę minął minęła mnie czarna terenowa BMka X5. Miała przyciemniane szyby i nie było widać, kto siedzi w kabinie. Jechałem dalej, po chwili wjechałem na wiejską szutrową drogę. Minąłem jedno potem drugie gospodarstwo, zatrzymałem się przy trzecim. Otworzyłem furtkę i wszedłem na podwórko. Z daleka już biegły w moją stronę dwa psy jeden duży drugi mały, czarny, obydwa rasy wiejskiej. Duży oceniał sytuacją, a mały w jego cieniu obszczekiwał intruza. Na końcu podwórka, w progu domu, na ganku stanęła kobieta. Patrzyła na mnie wyczekująco.
– Dzień dobry – krzyknąłem.
– Cicho ! Do budy ! – Dopiero teraz zaczęła uspokajać psy. Chyba po prostu nie słyszała, co mówię.
– Dzień dobry – powtórzyłem.
– Dzień dobry – odpowiedziała nie pewnie.
Podszedłem bliżej.
– Mam pytanie. Nie ma pani mleka na sprzedaż ?
– Mleka ? Wiela ? – Zapytała konkretnie.
Zaskoczyła mnie nie, spodziewałem się, że to takie proste.
– Ze dwa litry ? – odpowiedziałem pytająco.
– Ale to mùszi pan przëchôdac kòle dwadzescë gòdzëne.
– Koło dwudziestej ? – upewniłem się.
Kobieta zorientowała się, że nie rozumiem po kaszubsku, bo dalej mówiła już gwarą polską.
– Tak, jak ja będę miała wydojone.
– Świetnie, to wpadnę tak trochę przed dwudziestą, powiedzmy za piętnaście.
– Jo, tak będzie dobrze.
– Dziękuje – odwróciłem się i poszedłem do samochodu.
Kobieta stała cały czas na ganku, obserwując, jak odjeżdżam.
W domu zastanawiałem się, w co to mleko zapakować, na szczęście znalazłem dwie butelki po wodzie mineralnej, wymyłem je i wyparzyłem. Wyszedłem na dwór i wrzuciłem do samochodu. Miałem jeszcze jakieś półtorej godziny więc włączyłem telewizor. Skakałem jak zwykle po kanałach, oglądając reklamy. Przeleciałem w jedna stronę potem w drugą. Pyk, chwila koncentracji, pyk i chwila zatrzymania, pyk i znowu i tak przez trzydzieści szęść kanałów, licząc w obie strony sześćdziesiąt sześć. Co to właściwie jest ta telewizja, pomyślałem zirytowany, jeden wielki telebim zamontowany na własna prośbę, za własne pieniądze, we własnym najbardziej prywatnym miejscu, jakim jest dom. Wyłączyłem, rzuciłem pilota niechlujnie na stolik, wstałem i znowu wyszedłem na dwór. Wróciłem do książki, wypaczonego połączonego z iluzją świata Marqueza. W sumie nie wiedziałem co sądzić o jego prozie, nie byłem przekonany czy naprawdę coś w niej jest, a może po prostu nie potrafię na razie tego odnaleźć? Zastanawiałem się, kto wypromował jego pierwszą książkę. Jak to się stało, że człowiek nikomu nie znany, mieszkający w maleńkim kraju, będąc dziennikarzem w Bogocie, nagle staje się znany na całym świecie. Odkryty zostaje w kraju rządzonym, w cieniu przeszłości Pablo Escobara, przez narkotykowe kartele, gdzieś na krańcach prawa. Z drugiej strony to przecież brama, przez którą przepływają ogromne pieniądze, może wśród ich dysponentów znalazł się miłośnik prozy? Co myśleć o jego przyjaźni z fidelem Castro? W Polsce jak oceniam, nie udałoby się odnaleźć Marqueza…chyba miał szczęście, że urodził się w Kolumbii.
Przed godziną dwudziestą, wsiadłem w samochód i pojechałem po mleko. Psy gdzieś się zawieruszyły i nie przywitały mnie tym razem. Zapukałem do drzwi. Usłyszałem stłumione
– Proszę.
Nacisnąłem klamkę i po chwili znalazłem się w wąskim korytarzu. Na jego końcu znajdowało się pomieszczenie, z którego dochodziły jakieś głosy. Po docierających jednocześnie zapachach, domyśliłem się, że to centralne miejsce wiejskiego domu, czyli kuchnia. Wewnątrz przy stole siedział starszy szczupły mężczyzna, palił papierosa, kobieta, z którą rozmawiałem, mieszała coś w wielkim garze.
– Dobry wieczór – powiedziałem, wchodząc.
– Dobry wieczór odpowiedzieli zgodnie.
Mężczyzna przyglądał mi się z ciekawością, nie chciałem mu tego przerywać, więc zrobiłem kilka kroków w stronę kobiety
– Nie za wcześnie przyjechałem?
– Ni – odpowiedziała krótko i od razu zapytała – Ma pan jakąsi bańkę
– Butelki – podniosłem do góry rękę, w której trzymałem je za nakrętki.
– O dobra, da pan.
Wstawiła lejek do pierwszej i nalewała wielka chochlą z dużego prostego kamionkowego dzbanka.
– A nie chce pan jajek ? – Zapytała po chwili.
– Jasne – ucieszyłem się, dziwiąc się, że sam o to nie zapytałem.
– Wiele ?
– A ile pani może ?
– Trzydzieści? Odparła pytająco – Nie za dużo będzie ?
– Idealnie – stwierdziłem – A Może ma pani jeszcze coś ?
– A co by pan chciał ?
– Nie wiem, biorę wszystko, co naturalne – uśmiechnąłem się.
– Masło ?
– O świetnie ! Masła ile się da.
– Nie ma za wiele – skończyła nalewać mleko, podeszła do zamrażarki stojącej obok okna, otworzyła – pół kila mogę oddać.
– Biorę bez targowania – odparłem coraz bardziej zadowolony ze swojej wyprawy.
Wyjęła dwie spore gomółki zamrożonej żółtej masy zawinięte w folię i położyła na stole obok butelek z mlekiem.
– Jeszcze jajka – powiedziała i wyszła z kuchni.
Zostałem sam z jej mężem, który właśnie skończył palić. Zgasił dokładnie papierosa. Zawinął szczelnie torebkę z tytoniem i wraz z maszynką odstawił na bok, dłonią zgarnął resztki tytoniu, jakie zostały na stole i wsypał do popielniczki.
– Mieszkasz gdzieś tutaj, czy przejazdem ? Zapytał bezpośrednio. Widać uznał, że jest dużo starszy i taka forma mu pasuje.
– Ponieważ miałem zamiar się zaopatrywać u nich częściej, nie było sensu kłamać.
– Mam tu dom nad jeziorem.
Nad dwoma pobliskimi jeziorami było sporo domków letniskowych, nie sądziłem, aby znał wszystkich. Miałem nadzieję, że nie będzie dopytywał dalej.
Pokiwał głową
– Nad którym ?
– Miłoszewskim – palnąłem bez zastanowienia.
Znowu pokiwał głową. W tym momencie wróciła gospodyni z paletą jaj.
O świetnie ! Zaniosę do samochodu i wrócę po resztę, bo się nie zabiorę na raz.
Obróciłem szybko, zapłaciłem dwadzieścia pięć złotych i już jechałem do domu. Ech ta wieś…nie da się tu zginąć.

Pablo Escobarkolumbijski szew kartelu narkotykowego, z zarobkami 28 mln dolarów rocznie był na siódmej pozycji najbogatszych w zestawieniu Forbesa. W Kolumbii nazywany Robin Hood – dbając o swoje Image w rodzinnym Medellin, rozdawał pieniądze biednym, budował obiekty sportowe, finansował projekty pomocy społecznej.

Czytaj kolejny rozdział → A KTO CHCIAŁ ZOSTAĆ BOGIEM

Zostaw odpowiedź

 


 
  1. ~Mokka

    11 czerwca 2015 o godz. 10:04 pm

    Od poprzedniego rozdziału z niepokojem oczekiwałam odniesienia do lektury Marqueza. Ufff… Uspokoiłeś mnie. Od lat zadaję sobie podobne pytania, z tą różnicą, że ja do tej pory nie znalazłam tego czegoś w jego prozie i już nie szukam. Nie zaczarował mnie ten realizm magiczny.

     
  2. Lampart

    11 czerwca 2015 o godz. 10:05 pm

    Jeśli chodzi o Marqueza to pozycja „Miłość w czasach zarazy” jest czymś, co posiada w sobie jakiś pierwiastek marzeń, zrozumiałych dla każdego czytelnika – kto nie zna miłości ? Co do sposobu przekazania całej historii, języka literackiego można się spierać – oczywiście należy uwzględnić, iż każda z tych książek jest próbą interpretacji słów Marqueza przez kolejnego tłumacza.

     
  3. ~Mokka

    11 czerwca 2015 o godz. 10:07 pm

    Zadaniem tłumacza jest tłumaczyć nie interpretować. W przeciwnym przypadku odbiera rolę czytelnikowi, skazując go tym samym wyłącznie na odtwarzanie. Naturalnie i na całe szczęście ludzie różnią się gustami. Jednym język i świat Marqueza odpowiada, innym nie. Tak to widzę.

     
 
error: Content is protected !!