RSS
 

Intymność…

Rozdział XIII

TarasMijały dni. Dom zaczynał coraz bardziej stawać się odbiciem mojego wnętrza. Na tarasie wiszące kwiaty wylewały się z doniczek, tworząc zielone ogromne wodospady. Pomiędzy nimi ze starych mebli skomponowałem przytulny kącik, w którym jadłem śniadania obiady i kolacje. Wystarczył chwiejący się stół, kilka lamp naftowych stary obrus i narożne siedzisko. Chcąc uściślić, a nie skłamać moje posiłki sprowadzały się do obfitego śniadania w porze obiadowej i późnej kolacji w godzinach nocnych i to tak nocnych, że nie do zaakceptowania przez współczesnych zwolenników trendów żywieniowych. Dzisiaj zatęskniłem za francuskimi smakami i choć zdobycie bakłażana na wsi nie było łatwe, przygotowałem ratatouille. Nie udało mi się idealnie odtworzyć pierwowzoru, ale i tak nie obeszło się bez dokładki.
Po obiedzie zapaliłem i usiadłem na schodach tarasu. Poczułem się ociężały i senny. Nie lubię tego poobiedniego śniętego stanu, więc zgasiłem papierosa, podniosłem się i zacząłem podlewać pomidory. Posadziłem je kilka dni temu. Tak, też się zastanawiam czy wyrosną w środku lasu, w każdym razie nie posadziłem ich tak po prostu i bez głowy o nie, najpierw skopałem ziemię na jakieś trzydzieści centymetrów, potem wygarnąłem ją i w jej miejsce wysypałem dziesięć pięćdziesięciolitrowych worków ziemi kwiatowej, jaką dostałem we wsi. Wyglądało dobrze, czarna ziemia odznaczała się od piaskowego leśnego podłoża, a żywa zieleń sadzonek ładnie kontrastowała od całości. Kiedy skończyłem podlewać, popatrzyłem jeszcze raz na całość. To odruchowa czynność i nadzwyczaj niezbędna, to ułamki sekund, w których oczy sycą się efektem naszej skromnej pracy, dając zadowolenie z najprostszych czynności często dla osoby postronnej zupełnie niezauważalnej nie wartej poddawania ocenie, a jednak stanowiącej o efekcie obrazu. Odniosłem wiadro i konew do komórki. Trzeba zrobić tu porządek – przeszło mi przez głowę — kiedy starałem się na powrót wcisnąć je pomiędzy stary zdezelowany stół, a jakieś niechlujnie oparte o ścianę obsuwające się co rusz deski. Zirytowany wyciągnąłem kilka z nich i wywaliłem na zewnątrz. Spłoną dzisiaj w ognisku. Z podłogi zabrałem obklejone kurzem słoiki i też wystawiłem na zewnątrz. Już bez przeszkód zmieściłem wiadro. Kiedy stawiałem konew, coś pod nią zachrobotało. Zajrzałem. Na podłodze leżał zardzewiały stary klucz. Podniosłem, obejrzałem, obracając go bezwiednie w palcach. Nie przypominał żadnego mi znanego, ale mogłem się mylić. Rozejrzałem się, zastanawiając się, gdzie go położyć w rezultacie powiesiłem na gwoździu, który był wbity we framugę drzwi. Wieszając, znowu spojrzałem na krwawą plamę, skrzywiłem się z niesmakiem — ją też muszę usunąć – pomyślałem – nie lubię krwi nieznanego pochodzenia.
Pozbierałem deski jedna na drugą i zaniosłem do ogniska. Słoiki opłukałem przy studni i zaniosłem do kuchni. Trzeba zacząć wreszcie robić weki na zimę. Szczaw się kończy, poziomki już owocują, nie ma na co czekać. Znowu powróciła myśl zrobienia ziemianki. Jutro się za to zabiorę – obiecałem sobie w myślach. Tymczasem wyjąłem wielki gar i wstawiłem wodę na gaz, aby wygotować słoje. Miałem jakieś piętnaście minut, zanim się zacznie wrzeć. Wziąłem siatkę i poszedłem na łąkę za domem. Brodząc w trawie i chodząc od kępy do kępy szczawiu, zrywałem i upychałem co młodsze liście do torby. Kiedy wszedłem do domu, woda już musiała się chwilę gotować, bo poczułem wilgotne parne ciepło. Rzuciłem siatkę do zlewu i wstawiłem słoiki do wrzątku. Szczaw umyłem, poszatkowałem i wrzuciłem do woka, na koniec podlałem kilkoma kroplami oleju. Teraz niech się przesmaży. Znowu poszedłem na łąkę. Obracałem tak kilka razy, dokładając coraz to nowe porcje liści, mieszając i podlewając wodą, co by się nie przypaliły. Kiedy patelnia była pełna zielonej papki, a w domu rozchodził się miły wiejski kwaskowaty ciepły zapach, zmniejszyłem gaz i zasiadłem na tarasie z książką. Tym razem oczami Zafona odwiedzałem dawne ulice Barcelony. Po trzech godzinach miałem gotowych jedenaście słoików szczawiu i przeczytane kilkadziesiąt stron powieści. Weki cieszyły oko, a przeczytane zdania moje wnętrze i wyobraźnię. Wyszedłem przed dom. Podszedłem do studni, machnąłem kilka razy rączką, schyliłem się i wciągnąłem ustami parę łyków zimnej wody. Rozejrzałem się po podwórku, zastanawiałem się gdzie umiejscowić moją ziemiankę. Chyba najlepszym miejscem będzie, kiedy wkopię się obok drewutni. Podszedłem bliżej i oczami próbowałem oszacować, jakiej powinna być wielkości. Wziąłem cztery patyki i wbiłem, zaznaczając kontury. Obejrzałem podłoże. Największe moje obawy wiązały się z myślą, iż natrafię podczas kopania na grube korzenie drzew rosnących obok. Bałem się je uszkodzić, na dodatek uczyniłoby to pracę ciężką i mozolną. No nic, jutro się okaże, jak to będzie, w każdym razie plac robót przygotowany.
Późnym popołudniem postanowiłem przejść się nad jezioro. Korciło mnie, aby się wykąpać, ale jakaś inna myśl mnie od tego odwodziła. Postanowiłem, że na miejscu zdecyduję. Kiedy dochodziłem do niewielkiej plaży, zauważyłem pomiędzy drzewami, siedząca na trawie postać. Zwolniłem i starałem się stąpać delikatnie, nie chcąc tak nagle zrywać myśli samotnika. Im bliżej byłem, tym bardziej dochodziło do mnie, że to znajoma nieznajoma, której ciało miałem okazję podziwiać wcześniej podczas jej nagiej kąpieli.
– Dzień dobry.
Odwróciła się i spojrzała na mnie zaskoczona.
– Dzień dobry – odpowiedziała po chwili, po czym znowu skierowała wzrok ku jezioru.
Podszedłem bliżej.
– Nie przeszkadzam?
– Nie – odpowiedziała cicho.
Tym razem nawet nie oderwała wzroku, patrząc gdzieś w dal. Usiadłem obok. Jej długie, rozpuszczone, kruczoczarne włosy błyszczały w słońcu, rysując linię jej pleców. Wyjąłem powoli papierosa i zapaliłem. Siedzieliśmy w milczeniu. Gdzieś w szuwarach plusnęła ryba. Spojrzałem na jezioro. Tafla wody srebrzyła się odbitym światłem, delikatnie falując na wietrze. W oddali widać było perkoza, który co chwila nurkując i wypływając zupełne w innym miejscu, wyglądał jak śmieszny, czarny, cienki spławik kołyszący się na wietrze. Po drugiej stronie jeziora w przesmyku dryfowała mała zielona łódeczka. Zerknąłem na jej nogi. Smukłe opalone, wydawało się, że bije od nich pozostawione tam za dnia ciepło słońca. Byłem oczarowany – zaczarowany tą niespodziewaną bliskością i milczeniem. Chwila można powiedzieć prosta i banalna, a jakże wydawała się niezwykła; o to dwoje zupełnie obcych ludzi dobrowolnie oddaje sobie cześć własnej przestrzeni. Każde zezwala drugiemu na wejście w obręb jego własnej samotnej intymności. I choć żadne z nas nie wiedziało, o czym myśli drugie byliśmy tak namacalnie zjednoczeni w tym akcie wspólnej magicznej ciszy, że miało się wrażenie intelektualnie seksualni. Czułem dotyk jej nieznanych myśli i nie miałem odwagi tego przerywać. Każde wypowiedziane słowo spłoszyłoby ten stan ekscytującego zwieszenia. Obcy, we dwoje, razem, a jednak samotnie i w milczeniu. Sytuacja patowa – Czarownica pomyślałem.
Siedzieliśmy tak dobre piętnaście minut. Kiedy podniosła się powoli. Nie patrzyłem na nią. Nawet nie drgnąłem. Stała jeszcze chwilę.
– Do widzenia – prawie szepnęła, odwróciła się i powoli ruszyła w stronę drogi.
Coś mnie dusiło w gardle, a myśli rozbiegły się, chciałem coś powiedzieć mądrego, ale usłyszałem tylko własne równie niezbyt głośne:
– Do widzenia.

Czytaj kolejny rozdział → LOKATOR WIDMO

Zostaw odpowiedź

 


 
  1. Krysia

    30 listopada 2015 o godz. 5:59 pm

    Trafiłam…ok sorki 😀

     
 
error: Content is protected !!