RSS
 

Klucze do zagadki…

księżycRozdział XX

Za oknem słychać było tylko szum. Rynny biegnące wzdłuż dachu, niedające rady odprowadzać wody, napełniły się i przelewały deszczówką, tworząc małe wodospady. Stałem przy oknie i spokojnie patrzyłem przez chwilę w ciemność. Wszyscy mieliśmy tych samych rodziców – wiele milionów lat temu. Co czuli przed burzą – pokorny strach – czy może tylko chłód i wodę zdobywającą bez przeszkód ich nagie ciała? Tylko dlaczego mieli bać się burzy? – Nie, prawdziwy strach jest jeden, ma tylko jedną twarz – twarz drugiego człowieka. Po omacku poszedłem do kuchni. Namacałem butelkę, wyjąłem pierwszy lepszy kubek z szafki i napełniłem do połowy. Wróciłem pod okno, podsunąłem fotel, usiadłem i wyciągnąłem nogi, opierając parapet. Wziąłem porządnego łyka. Zawsze ten pierwszy musiał być duży, chciałem jak najszybciej poczuć to przyjemne rozluźnienie. Czy to też strach? Gdybym teraz siedział w krzakach albo w jakiejś norze czułbym się bezpieczniej. Kiedy jesteś w domu, powinieneś mieć świadomość, że jesteś czarną kropką na tarczy, jesteś wystawionym na strzał – bo dom nie jest oazą bezpieczeństwa, jest śladem celu, wskazówką ujawniającą myśliwemu zwierzynę, nie trzeba cię szukać… – jesteś tam na pewno… w i d z ę C i ę…
W kuchni coś cicho pyknęło jakby wieczko słoika, nasłuchiwałem, nie powtórzyło się. Zapaliłem papierosa. Zaciągnąłem się, ukrywając w zgiętej dłoni jaśniejący żar. Byłem przekonany, że komórkę zamykałem. Czyżby Szymon do niej zaglądał? Powiedział, że w tym domu nikt nie mieszkał. Kuchta mówił coś zupełnie odwrotnego. Chłopak chyba fantazjuje albo czas u niego inaczej płynie. Dziwne dziecko. Zamyślony nawet nie zauważyłem, że burza ucichła. Jak przyszła tak i nagle odeszła. Teraz było tak Jakby ktoś zakręcił kran z nieszczelna uszczelką, z którego co jakiś czas powoli spadały z liści wielkie mokre krople. Zacząłem słyszeć ciszę. Wypiłem do dna i nalałem znowu. Ciemność ma to do siebie, że naturalnie wyostrza nam węch i słuch. Wziąłem kolejny łyk. Jakaś gałąź systematycznie uderzała o ścianę domu drapiąc ją delikatnie. Wiatr powoli przeganiał chmury, na niebie zaś jaśniało. Po kilku minutach z lewej strony pojawiła się wielka tarcza księżyca. Przed domem na polanie zrobiło się jasno. Mogłem nawet dostrzec płot okalający mój dom – jedynie ta ściana lasu za nim nadal była jednym nieprzeniknionym, wielkim czarnym murem. Patrzyłem na podwórze i miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Podniosłem się ze starego fotela i stanąłem przy oknie. Wpatrywałem się w bezruchu i w kompletnej ciszy. Samochód, studnia, skalniaki, na prawo drewutnia i zupełna cisza. Nagle zapaliło się światło. Przymrużyłem odruchowo oczy, podszedłem szybko do włącznika i zgasiłem, ale ciszy już nie było, w kuchni delikatnie mruczała lodówka.

Rano po śniadaniu. Obszedłem cały dom. Potem zacząłem przeszukiwać jego zakamarki. OgródZacząłem od niewielkiego stryszku. Był tak niski, że musiałem chodzić prawie na czworakach. Oprócz grubych warstw kurzu i opuszczonych pajęczyn niczego ciekawego nie znalazłem. Sprawdziłem sypialnię. Na dole nie spodziewałem się niczego znaleźć, choć nawet nie wiedziałem, po co i czego szukam. Znudzony umyłem ręce i wyszedłem na zewnątrz. Burza zbiła kwiaty na skalniaku, ale widać było, że z pierwszymi promieniami słońca zaczynają śmiało podnosić swoje lica i spoglądać wesoło ku górze. Spojrzałem w kierunku drewutni. Patrzyłem przez chwilę. Coś mnie tknęło. Podszedłem, obejrzałem drzwi. Wszedłem do środka. Wszystko wyglądało, że jest na swoim miejscu. Wszedłem głębiej, odstawiłem kilka łopat, grabie, odsunąłem jakieś pręty – nic. Odwróciłem się i chciałem wyjść, kiedy mój wzrok padł na framugę drzwi. W miejscu gdzie powiesiłem znaleziony stary klucz, sterczał jedynie rudy gwóźdź. Spojrzałem w dół, nie spadł, po prostu go nie było.

Po południu pojechałem do mojej gospodyni, kończyły się jajka, a i mleko by się przydało. Zatrzymałem samochód przy furtce i śmiało wszedłem do środka. Psy na tyle się do mnie przyzwyczaiły, że teraz, jak tylko mnie widziały, truchcikiem biegły w moja stronę delikatnie merdając ogonami. Jak zaczynałem je głaskać, natychmiast rozwalały się na plecach, oczekując bardziej wnikliwych pieszczot – oczywiście nie szczędziłem im tego. Tak było i tym razem. Co jakiś czas młodszy z nich powarkiwał zazdrośnie na starszego. Na ganku pojawiła się kobieta.
– Dzień dobry – podniosłem się.
– Dobry – odpowiedziała.
– Przyjechałem po jajka i chciałem trochę mleka.
Podszedłem i podałem kankę.
– Mleko jak krowy z łąki wróca.
– Wiem, wiem. Tylko wie pani co. Nie będę już dzisiaj przyjeżdżał, wpadnę jutro rano.
– A jajek wiela?
– Ile pani ma, tyle wezmę.
Zniknęła w sieni, a ja usiadłem pod domem na ławeczce zbitej z jednej wąskiej deski i dwu palików. W tym momencie ze stodoły wyszedł gospodarz. Był ubrany w kraciastą flanelowa koszulę i szare od kurzu spodnie.
– Dzień dobry – krzyknąłem.
– A dzień dobry – odpowiedział, podnosząc rękę.
W sieni coś zaszurało i na ganku znowu pojawiła się kobieta z paletą jaj na rękach. Poderwałem się. Zeszła po schodach i stanęła przede mną. Wziąłem jaja i położyłem na pieńku. Podałem pieniądze.
– Niech pani nie wydaje, rozliczymy się następnym razem.
Kiwnęła głową na zgodę i schowała pieniądze do fartucha.
– Ale się wczoraj rozpadało – zagaiłem.
– No! A jak waliło – podchwyciła.
– Musiało gdzieś chyba porządnie trzepnąć, bo i prąd znikł.
– Prąd?
– No światła nie było.
– Ni, u nas było.
– Może już państwa spali.
– Ni – pokręciła głową. – Stachu nie było wczera prądu? – zwróciła się do męża, który właśnie zmierzał w nasza stronę.
– Czej? – Zapytał, idąc.
– Jak była burza.
– Żoch był. Cali czas.
Spojrzała na mnie.
– A to nie wiem, widać to coś u mnie.
Chłop stanął obok i wskazał na ławkę. Usiadłem.
– Daj no boba – zwrócił się do żony.
Kiedy znikła zapytał.
– Nimosz piwa?
– Nie – pokręciłem głową.
– A jedziesz na wieś?
Znowu pokręciłem przecząco głową.
– Duchota taka. – Usiadł na taborecie i wyjął papierosy.
– Cygareta? – wyciągnął papierośnicę w moja stronę.
– Palę tylko po pracy, wieczorem.
Uśmiechnął się i zaciągnął dymem.
– Mam pytanie.
Spojrzał na mnie.
– Ciekawi mnie okolica. Może jest tu coś ciekawego, może coś się wydarzyło kiedyś, coś z historii jakieś tajemnice?
– Krejamnota?
– No tak. Dziwne ciekawe zdarzenia.
Pokręcił głową.
– Ale ty wisz? Może je.
Kobieta po raz kolejny pojawiła się w drzwiach. Tym razem w rękach trzymała białą emaliowaną miednicę. Zeszła i postawiła przed nami. Była pełna młodego bobu przemieszanego z natką pietruszki.
– Prosto z pola – rzuciła jakby z dumą.
Sięgnęliśmy oboje.
– To jaka to historia?
W tym momencie pod dom zajechał stary granatowy golf. Wysiadł z niego młody mężczyzna.
– No robota czeka, trza iść. – Gospodarz podniósł się. Znowu zagarnął cała garść bobu i ruszył w stronę furtki.
Spojrzałem na kobietę.
– A może sprzedacie mi trochę tego bobu? – Zapytałem.
– A idź pan, zerwij sobie. Nie trza płacić.
– Gdzie?
– Zaraz ono tu za chliwem i sadem – wskazała głową na wprost.
– Dziękuję, to idę. – Podniosłem się.
krowyZaniosłem jajka do samochodu, wyszperałem z bagażnika dwie reklamówki i ruszyłem ścieżką we wskazanym kierunku.
Za płotem sadu skręciłem na pole. Z daleka widać było górujące nad warzywniakiem duże, wysokie na półtora metra łodygi bobu. Dalej widać było pasące się na łące krowy. Najpierw wyrywałem z korzeniami całe rośliny, a kiedy uznałem, że wystarczy, zająłem się obłupywaniem strąków. Zapchałem dwie siatki i usiadłem na ziemi. Patrzyłem na krowy. Po chwili podniosłem się i ruszyłem w ich stronę. Krowy mają w sobie coś, co nie daje mi przejść obok nich obojętnie. To te oczy. Ich spojrzenia są tak miękkie i smutne. Zawsze smutne -jakby wiedziały – a jednocześnie tak spokojne, pogodzone z losem. Zbliżyłem się do jednej, zerwałem trochę trawy i podałem. Patrzyła przez chwilę, po czym ruszyła w moją stronę, zatrzymała się, wyciągnęła głowę i swoim wielkim, śliskim jęzorem zamiotła z ręki garść trawy. Cały czas nie spuszczała ze mnie wzroku, a ja nie mogłem oderwać wzroku od jej oczu. Kim jestem, jak mogę pomóc. Jak wytłumaczyć, że właśniekrówcia3 takie jest życie, skoro to ja właśnie, ja jestem człowiekiem, cichym zabójcą. Budowniczym niewoli śmiertelnych klatek. Jak się przyznać, że nienawidzę ludzi, jak to powiedzieć głośno i co to zmieni. Gdzie uciec, gdzie jest miejsce, granica, za którą kończy się władza człowieka i pojawia się zgoda współistnienia. Jeśli Bóg istnieje i nakazał nam zabijać wszystko, co nie-ludzkie i ludzkie to nienawidzę Boga…

Czytaj kolejny rozdział → WTOREK, A PO WTORKU, WTOREK…

Zostaw odpowiedź

 


 
  1. carver

    5 września 2014 o godz. 2:41 am

    „Kiedy jesteś w domu powinieneś mieć świadomość, że jesteś czarną kropką na tarczy, jesteś wystawionym na strzał – bo dom nie jest oazą bezpieczeństwa, jest śladem celu, wskazówką ujawniającą myśliwemu zwierzynę, nie trzeba cię szukać… – jesteś tam na pewno… w i d z ę C i ę…”

    Poważna wada domu i zadziwiająca zbieżność przemyśleń… nie tylko dotyczących chowania się po krzakach. Sporo innych zbieżnych myśli. W dodatku cieszę się, że zastałem już zbiór poszczególnych opowieści. Inni musieli czekać :)

    Duży zapas drewna i sporo rumu trzeba by na te ogniska, przy których przyszłoby przesiedzieć kilka nocy, żeby to wszystko przegadać.

     
    • Lampart

      5 września 2014 o godz. 1:02 pm

      Z tym czekaniem, to jest tak, że zawsze przychodzi taki moment w którym…a co do ogniska, to ognisk nigdy za dużo – wolę zamienić mądre słowo i patrzeć w ogień niż w telewizor

       
  2. Jagoda

    8 września 2014 o godz. 9:44 am

    Widok z balkonu – werandy, bezcenny :)

    Patrząc na zdjęcie krowy, przypomniały mi się czasy kiedy spędzałam jako nastolatka wakacje na wsi….krowa mojej babci miała na imię Kalina, była kruczoczarna, kiedy ją wołałam reagowała na swoje imię i podchodziła do mnie ….

     
  3. skory

    9 września 2015 o godz. 1:19 pm

    Witam.
    Chciałem się zalogować i otrzymałem kod aktywacyjny jednak nie wiem gdzie go urzyć.Lamparci szept jest zabezpieczony hasłem.Jest na to rada?

     
    • Lampart

      9 września 2014 o godz. 2:34 pm

      Niestety „Lamparci szept” na razie jest niedostępny – niedługo powinno się to zmienić. Gdzie się logowałeś?
      Do jutra powinien być kolejny tekst Robinsona.

       
      • skory

        9 września 2014 o godz. 3:37 pm

        logowałem się w spikierii,tam mnie skierowało ale to chyba nie o to chodzi a więc czekamy na dalsze części tej fascynującej podróży.

         
        • Lampart

          9 września 2014 o godz. 3:59 pm

          Do spikerii hasło jest podane, godziny też. Możliwe, że jeszcze dzisiaj. Dzięki za pozytywny post na forum eko…aż żałuję, że nie tutaj

           
          • skory

            9 września 2014 o godz. 5:00 pm

            To co piszesz czyta się jednym tchem,z życia po bandzie zwrotka o 180.
            Ucieczka od ludzi zrozumiała ,nostalgia i wrażliwość godna.Odwaga i pewność w zmianie życia i postrzegania rewelacja.To małpa pochodzi od człowieka,który jest najniższą i najprymitywniejszą formą.Wszystko jest na odwrót a kwantowe podejście uchyla tajemnice.W przyrodzie są wszystkie odpowiedzi.Czas na piec rakietowy,idzie zima.

            Sporo uwagi poświęcasz na odżywianie
            Stosuję trzy zasady w jedzeniu:
            Gryzienie dokładne pokarmu na papkę
            Odpowiednie łączenie pokarmów i nie popijanie
            Nie jem po 18
            Podstawa to oczyścić wątrobę i kichy.
            Efekty natychmiastowe

             
  4. Karol

    29 września 2015 o godz. 6:37 pm

    Głębokie rozważanie o ziemskim bycie… krowy owszem, mają spojrzenia miękkie – ale czy smutne?! Powiedziałbym ze maja spojrzenie nostalgiczne, jakby to co jest i co było a takze będzie, jest im doskonale wiadome i w ich wzroku odbija się tylko… bezwiedna zgoda na dzianie się życia.

     
    • Lampart

      29 września 2015 o godz. 10:17 pm

      A czy nostalgia nie jest o zabarwieniu smutnym? Jednak to ciekawa uwaga. Może to trafniejsze określenie.

       
 
error: Content is protected !!