RSS
 

Korytarze przeszłości…

Rozdział XV

Lewino sklepKolejne dni upływały na pogłębianiu dołu pod ziemiankę. Wstawałem wczesnym rankiem o jedenastej, przygotowywałem sałatkę z pomidorów w różnych wariantach, jadłem i zabierałem się do kopania. Koło godziny siedemnastej schodziłem nad jezioro, zmywałem z siebie pot, chłodziłem ciało i rozprężałem mięśnie. Wracałem, chwytałem książkę i zasiadałem w fotelu na tarasie. Pierwszy papieros jako zwykle niwelował ssanie w żołądku i stawał się zwieńczeniem dnia roboczego.
Kuchta znalazł zapasowe kluczyki do skutera i z pomocą miejscowego kowala udało się go uruchomić. Działał bez zarzutu, jedyny mankament to przeciek. Nie wiadomo, którędy wyciekał z niego olej. Było to dość denerwujące, ale korzyści płynące z możliwości poruszania się po leśnych ścieżkach rekompensowały złośliwą dolegliwość. Poznając coraz dokładniej okolicę, zorientowałem się, że do mojego domu można dojechać dwoma drogami. Tą, którą przybyłem tu pierwszy raz oraz drugą, biegnącą pozornie zupełnie w odwrotnym kierunku. Zataczała łuk wokół jeziora i wychodziła w okolicach szkoły i wiejskiego cmentarza. Odkrywałem też i inne drogi. Jedna z nich prowadziła do leśniczówki, kolejna do dwu sąsiadujących ze sobą wsi Lewino i Lewinko. Obie wioski były niewielkie. Pierwsza w dużej części wyglądała, jakby w połowie czas się w niej zatrzymał. Część domów była stara sypiąca się tu i ówdzie. Widząc ilość kwiatów, którymi starano się ukryć ten smutek, domyślałem się, że było to raczej wynikiem braku środków na ich utrzymanie niż zaniedbaniem czy lenistwem. Skromny sklepik, jaki się tam znajdował, mieścił się w ceglanym niewielkim domu. SklepWejście prowadziło z drewnianej sieni, sala zaś była pokojem przerobionym na potrzeby sklepu. Na starych regałach wyłożonych ceratą niewiele towarów, parę gatunków papierosów, ze dwa rodzaje piwa, chleb, mąka, cukier, tylko niezbędne produkty. Jedyna mała stara zamrażarka mieściła na dnie kilka sztuk lodów. Drewniana podłoga przykryta zielonym gumoleum potęgowała wrażenie złamania praw czasu i przeniesienia do minionej epoki. Wrażenie było tak realne, jak wnętrze mocno prawdziwe. Uczucie to obudziło we mnie tęsknotę, jednak nie za tym krajem, nie za komuną, ale za bezpiecznym dzieciństwem. Później, za każdym razem, kiedy byłem w okolicy wstępowałem do sklepiku z czasów PRLu. Starsza Pani, właścicielka i jednocześnie sprzedawczyni opowiedziała mi kiedyś swoja historię. Pracowałam w nim od najmłodszych lat, jeszcze wtedy jak był państwowy i znajdował się w innym miejscu, wskazała palcem na drugą stronę wsi. Potem, nastały zmiany, nowa epoka, wszystko w państwie przestało się opłacać, GSy przestały istnieć, sklep zlikwidowano, wtedy sama zaczęłam go prowadzić. sklep wagaKiedy opowiadała, widziałem wszystko, oranżadę, lizaki kogutki, marmoladę sprzedawaną na wagę, słoje z kiszonymi ogórkami, beczki z kwasem chlebowym wiejski kurz i czas, który płynął leniwie wraz z towarzyszącym mu prawem do bezpiecznej stagnacji i niezmienności. Przepełniająca mnie przy tym nostalgia była tak ciepła i miła, że nawet nie zauważyłem, jak z czasem zaczęła drążyć i przeradzać się w jakiś wewnętrzny sprzeciw, jakiś bunt. Na początku zupełnie niezrozumiały, później świadomy. Kiedy myślę o tym dzisiaj, wiem, że to nie tam się narodził, on tkwił we mnie, a sklep i podobne miejsca były wyzwalaczami buntowniczej świadomości, dodatnim katalizatorami myśli, zapalnikami bezsilności i ucieczki. W każdym razie tamtego dnia coś zrozumiałem.
Późnym popołudniem zakisiłem ogórki. Pamiętam kiedyś w Arnhem, pewien holender nie mógł się nadziwić, jak można jeść zgniłe ogórki. Na koniec rozmowy zaproponował, abym zjadł zgniłe w wodzie jabłko. Przystałem ochoczo, wprawiając go całkowite osłupienie połączone z uczuciem obrzydzenia. Słój, z którego wydobywał się zapach kopru i czosnku wstawiłem w chłodne miejsce i wyszedłem na taras. Holandia kojarzyła mi się wtedy z piwem małymi miasteczkami i żartującymi mieszkańcami, którzy mawiali, że aby dojechać do Holandii autobusem trzeba z niego wysiąść na właściwym przystanku środkowymi drzwiami, bo jeśli przdnimi lub tylnymi to, to już nie Nederland. To wtedy też zwrócono mi uwagę, że Polacy nazywają ich kraj Holandią, a to jedynie jeden z Landów tego kraju, coś jak w Polsce Śląsk czy Kaszuby. Zapaliłem papierosa, rozejrzałem się za popielniczką, znowu wyniosłem ją do kuchni. Machnąłem z rezygnacją ręką. Usiadłem na schodach. Do Ede niewielkiego miasta w pobliżu granicy niemiecko holenderskiej pojechałem w lipcu 1997 roku. Wprawdzie filię firmy posiadaliśmy w Arnhem, ale nigdy nie prowadziłem rozmów w pobliżu siedziby – taka zasada.
– W przyszłym tygodniu dyski dotrą do Amsterdamu.
– Rozumiem, że wszystko to Western Digital?
– Oczywiście, najnowszy sort – zapewnił Dominique Daquin, francuz pochodzący z marsylii.
– Ile? – Zapytałem, choć liczbę znałem z wcześniejszych ustaleń.
– Trzydzieści tysięcy sztuk.
Pokiwałem głową.
– Gdzie mamy je dostarczyć? – Spojrzał pytająco.
– Nigdzie. Jak odprawicie towar i wyjdzie ze składu celnego, zgłosi się do was człowiek, Vito Luciana. Przepakujecie to do naszego TIR-a.
– Pod warunkiem, że dostarczycie pieniądze. – wskoczył mi w zdanie.
– Żywa gotówka, z ręki do ręki – zapewniłem.
– Bez numerów.
– Starasz się mnie obrazić czy straszysz? –Spojrzałem mu w oczy.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Zwątpił po sekundzie.
– Nie. Upewniam się.
– Macie jakieś na to papiery? – Zapytałem w tym samym tonie, zmieniając temat.
– Od kiedy wy włosi pytacie się o papiery – uśmiechnął się, chyba chcąc rozluźnić sytuację.
– Nie jestem Włochem.
Znowu podniósł wzrok i spojrzał mi w oczy.
– Nie ważne – machnął ręką.
– A papiery? – ponowiłem pytanie.
– Są
– Słaby punkt?
Zawahał się – Numery.
– Numery fabryczne dysków?
Pokiwał głową.
– Dobra. Będą potrzebne plomby celne na kontenerach, czyli odprawa na zasadzie tranzytu.
– Trasa? – zapytał rzeczowo.
– Wpiszcie Niemcy. Zapisz namiary – nigdy nie pisałem niczego własną ręką. Ostrożność.
– Tak więc, jak dobrze pójdzie, gotowce wyjadą ze składu celnego – powiedział, kiedy schował długopis i kartkę.
Po spotkaniu zadzwoniłem do Valdemaro.
– Załatwione wszystko wygląda w miarę ok.
– Trzymaj oko nad tym.
– Od momentu, w którym przejmiemy towar, nic już się nie wydarzy. Możesz być spokojny. – Odparłem uspokajająco.
– Wiem, tak tylko gadam. To spora forsa.
– Pchamy to natychmiast do Polski? – Zapytałem znając odpowiedz.
– Jasne, próbki poszły w zeszłym tygodniu, w Gdańsku jest odbiorca. Tylko uważaj, właścicielem tej hurtowni jest Arab.
– Wiem, już wszystko sprawdziłem.
– Może dobrze by było, abyś tam pojechał?
– Już siedzę na walizkach.
– He, he dobry jesteś, po co ja z tobą tyle gadam.
– Nie wiem.
Skończyłem palić. Wstałem ze schodów i podszedłem do wielkiego grilla, którego kupiłem wcześniej i ustawiłem na zadaszonym tarasie, uznałem, że na zewnątrz wystarczy mi ognisko. Zapaliłem przygotowane na środku drobne papiery i gałązki, sypnąłem węgla.

Rządowy ośrodek w MierkachW Gdańsku nie spotkałem się z Rahmanem Haddadem właścicielem hurtowni komputerowej. Do spotkania doszło na terenie ośrodka wypoczynkowego Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w Mierkach.
Sprawił na mnie wrażenie człowieka spokojnego i otwartego, niepasującego do roli, jaką miał odgrywać. Co mnie zaskoczyło, był z żoną – Polką. Nie targował się i przystawał na każde warunki. Jego uległość też nie wzbudzała mojego zaufania.
Zapytałem:
– Czy partia próbna spełnia Pana oczekiwania?
– Oczywiście, jest już w sprzedaży – odparł uśmiechnięty.
– W takim razie towar dotrze za kilka dni.
– W porządku, będę czekał na dostawę.
Po spotkaniu przez dwa dni obserwowałem firmę. Mieściła się przy głównej ulicy łączącej Gdańsk z Sopotem i Gdynią. Trzeciego dnia zauważyłem podjeżdżające dwa Polonezy. Zadzwoniłem do Valdemaro.
– Mamy problem.
– Znaczy?
– Nasz Pan Rahman ma gości.
– Tych gości, o których myślę?
– Dokładnie.
– Gdzie jest towar?
– Podobno już na składzie celnym, ale Rahman ma próbki, nie wiem, czy wszystkie sprzedał.
– Rozumiem. Zamrażam pieniądze dla francuzów.
– Ok, na razie, odezwę się. – zakończyłem rozmowę.
Wysiadłem z samochodu, wyjąłem z kieszeni telefon z polską kartą, położyłem na ziemi i uderzyłem mocno obcasem, to co z niego pozostało, zsunąłem do ulicznej studzienki odpływowej.
Rzuciłem na gilla karkówkę i dwa placki, które zrobiłem z wody i mąki z dodatkiem oregano. Włoski podpłomyk smakował mi najbardziej. Te robione w Polsce z dodatkiem drożdży i używane jako spody do Pizzy były paskudne. Znowu zapaliłem papierosa.
Valdemaro zadzwonił do mnie dwa dni później.
– Policja weszła na skład.
– To niefajnie – powiedziałem zdawkowo.
– Niefajnie? To paskudnie. Widać znaleźli u niego dyski i doszli po numerach.
– Może tak.
– Jak to może?
– Na numerach nie było przecież napisane, że pozostałe są w Holandii.
– Skurwysyn – sapnął.
– No. Tym bardziej, że jego firma działa normalnie, a on sobie spokojnie chadza do pracy.
– To ma przestać chodzić! Rozumiesz! Ma przestać chodzić – dodał już spokojniej.
Przewróciłem skwierczące mięso na druga stronę i polałem piwem. Poszedłem do kuchni, porwałem sałatę, skroiłem pomidora ogórka i paprykę, dodałem pokuszony ser feta. Robiłem go sam, z twarogu, jaki ważyłem z mleka. Odsączony z serwatki lądował w solance z przyprawami i pływał w niej kilak dni. Wszystko zalałem oliwą, dodałem musztardy czosnku i soku z cytryny. Nalałem do szklanki whisky i wyniosłem jedzenie na taras. Zaczynało zmierzchać.

Czytaj kolejny rozdział → MYŚLĘ, WIĘC MNIE NIE MA…

Zostaw odpowiedź

 


 
  1. batuta

    6 stycznia 2016 o godz. 10:00 pm

    urokliwość tego wiejskiego sklepiku przywołuje moje najcudowniejsze wspomnienia z dzieciństwa , wyjazdy na na wies do Babci, Smak prawdziwego chleba upieczonego w piecu chlebowym, prawdziwe mleko , pachnace pomidory zerwane na polu ,zapach jabłek .
    Zdjęcie tego sklepu uswiadomiło mi , ze cywilizacja zabrała bezpowrotnie to wszystko z polskiej wsi:(

     
    • Lampart

      7 stycznia 2016 o godz. 8:09 pm

      Teraz nikt już na wakacje nie jeździ do babci…

       
 
error: Content is protected !!