RSS
 

Muszę komuś zaufać…

Musze komus zaufac.jpg Rozdział V

Spojrzał na mnie zaskoczony, nie bardzo rozumiejąc, o co mi chodzi.
– Jak to ja nadal właścicielem? Czyli nie kupuje pan?
– Powiedzmy tak; pan dostaje pieniądze, ale dom pozostaje nadal na pana nazwisko.
Podrapał się po głowie i zatrzymał.
– A co pan z tego ma?
– Podpisze mi pan pewne zobowiązania, które pozostaną między nami.
Znowu ruszyliśmy z miejsca.
– A jak mi się coś stanie?
– Właśnie dlatego podpisze mi pan te zobowiązania. Będzie to takie zabezpieczenie, choć nie sądzę, aby kaszubski gospodarz chciał mnie oszukać – uśmiechnąłem się. – Chcę je mieć tylko na wypadek pana śmierci, zaznaczając oczywiście, że życzę panu dożycia stu lat albo i więcej.
– Ale po co to wszystko, nie możemy załatwić tego bez tych całych ceregieli? Dziwne to jakieś – dodał.
– Widzi pan muszę komuś zaufać… wychodzi, że panu. Ja…
– Ale dlaczego? – Przerwał pytaniem.
Wybił mnie trochę z rytmu, zacząłem wiec inaczej.
– Powiedzmy, że nie chcę mieć niczego na siebie.
– Jakieś długi? – Zapytał.
– Zróbmy tak, za fatygę dołożę tysiąc – powiedziałem, ignorując jego pytanie. Wolałem, aby myślał, że uciekam przed komornikiem, niż że nie chcę zostawiać po sobie żadnych śladów. Nie chciałem tez ujawniać, że nie mam polskich dokumentów.
– No nie wiem – zastanawiał się głośno, kręcąc z dezaprobatą głową.
– Dobrze dokładam jeszcze pięćset i zapłacę, za powiedzmy pięć lat podatku od nieruchomości, wpłacę też jakąś kwotę na media, powiedzmy w granicy dziesięciu tysięcy.
Nie odezwał się, szedł i patrzył pod nogi. Uznałem, że muszę dać mu czas, poganianie może stworzyć pozory nacisku i wywołać odwrotny od zamierzonego efekt.
– Panie Kuchta, ja sobie pomieszkam w domu, pan się zastanowi, zajrzę za kilka dni. Jeśli się nie dogadamy, zapłacę panu za ten okres letniska – zgoda?
Jeszcze trzy kroki milczał, po tym wypalił.
– Dobra, wpadnij pan jutro albo pojutrze, co nagle to po diable.
– Jasne, nie ma problemu. – Zatrzymałem się na chodniku, uznając, że rozmowa dobiegła końca – To co? Do zobaczenia.
– Do widzenia – powiedział, ściskając mi silnie dłoń.
– A… Bym zapomniał – przytrzymałem jego spierzchniętą rękę, którą już cofał. – Chciałbym prosić, aby pozostało to między nami – powiedziałem, patrząc mu w oczy.
– Ale no oczywiście – obruszył się.
Kiwnąłem głową w aprobacie i w znaku podziękowania.
– Do widzenia – pożegnałem się jeszcze raz.
– Do widzenia – odparł i ruszył, zostawiając mnie na chodniku.
Patrzyłem jeszcze chwilę, jak znika na podjeździe, potem odwróciłem się, nabrałem dużo powietrza w płuca i szybko wypuściłem jednym haustem. Rozejrzałem się dookoła, jakoś było mi lekko, czy to słońce sprawiło, czy może świadomość, iż nie muszę już nigdzie jechać, niczego szukać – tego nie wiem. Wiedziałem natomiast, że bez względu na decyzję Kuchty dom i tak będzie mój. Nawet jeśli się nie zgodzi, podstawię kogoś innego do zakupu. Więc bezstresowo, szedłem sobie w drogę powrotną, do mojego samochodu.
Po drodze zerkałem na wiejskie zagrody, które były w większości zadbane, ładnie wykończone z czystymi podwórkami i sporą ilością zieleni. Mile mnie to zdziwiło, gdyż inaczej pamiętałem polską wieś. – A może to tylko tutaj tak jest – pomyślałem. Mijałem właśnie mały sklep spożywczy położony poniżej poziomu ulicy z niewielkim na dwa samochody parkingiem, kiedy zupełnie rozbroił mnie i rozweselił widok dwu kuców, rasy chyba pony – nie znam się na koniach. – Pasły się w dużym ogrodzie przed jednym z domów. W zasadzie nie był to ogród tylko duży trawnik, po którym posuwały się dwie biało brązowe, samojezdne, sympatyczne kosiarki. No proszę, a mówią, że ta polska wieś bezbarwna, a tu proszę jednak można. Tak myśląc, nie zauważyłem, jak po kilku minutach byłem znowu pod ośrodkiem zdrowia. Przed jego wejściem stała kobieta. Skromnie ubrana w fioletową bluzeczkę z dekoltem i dżinsy. Wyglądała jakby na kogoś czekała. Była z wózkiem, obok biegał jakiś berbeć coś tam gadający do siebie pod nosem. W wózku musiał być drugi, bo kobieta cały czas lekko nim kołysała, co jakiś czas zerkając na mnie. Powiedziałem – dzień dobry. Odpowiedziała i od tego momentu jakby straciła zainteresowanie moją osobą. Zajęła się poprawianiem kocyka i machaniem grzechotką nad głową małej istoty. Zerknąłem na nią jeszcze raz i wsiadłem do samochodu. Silnik zamruczał, odjechałem.
Pierwsze co musiałem poczynić to zakupy uzupełniające. Nie chodziło o żywność, a raczej o niezbędne drobne przedmioty jak na ten przykład papier toaletowy, płyn do mycia okien, jakiś garnek jeden czy dwa.
Miałem już to wszystko ułożone na ladzie, jednak byłem pewien, że czegoś zapomnę. Stałem przed ladą i kombinowałem jak ten koń pod górę. Krągła niska dojrzała blondynka patrzyła na mnie wyczekująco. Aby zyskać na czasie, poprosiłem o papierosy marlboro.
– Białe czy czerwone? – Zapytała rzeczowo.
– Czerwone – odparłem. – Proszę cały karton – dodałem.
Po chwili myślenia zrezygnowałem i postanowiłem iść na żywioł.
– Niech pani da mi jeszcze ze trzy pasty do zębów, jakiś płyn do kąpieli, żel do golenia – strzelałem teraz pozycjami bez zatrzymywania się.
Kiedy lada zapełniła się niebezpiecznie, zrezygnowałem i oznajmiłem.
– Dobrze, to chyba wszystko.
Kobieta podliczyła dwa razy słupek, jaki zapisała na papierze.
– To będzie czterysta dziewięćdziesiąt siedem pięćdziesiąt.
Wyjąłem bez słowa pięćset złotych i położyłem na ladzie. Następnie zacząłem wszystko przenosić do samochodu. Wrzucałem do bagażnika bez ładu i składu. Gdy skończyłem, wróciłem do sklepu, reszta leżała na talerzyku obok kasy, wziąłem i udałem się do drugiego pomieszczenia, gdzie sprzedawano ciuchy, szkło, serwetki, artykuły papiernicze i ogrodnicze. Tu kupiłem jedynie filiżanki. Wyszedłem ze sklepu. Po drugiej stronie ulicy dojrzałem wciśniętą pomiędzy ogrodzenia dwu domów zasłoniętą zielenią drewnianą budę pomalowaną na ciemny brąz. Przed nią znajdowało się ogrodzenie i miejsce na furtkę, której nie dojrzałem. Na fasadzie tejże budy znajdował się stary spłowiały napis świadczący, że mamy do czynienia z barem. Z siedzących przy oknie na ławeczce dwu mężczyzn trzymających w dłoniach butelki z piwem można było dodatkowo wnioskować, że mamy do czynienia z barem piwnym. Poczułem pragnienie. Spojrzałem w lewo i prawo nic nie jechało. Przeszedłem powoli na drugą stronę. Jeden z siedzących mężczyzn był szczupły ze sporą czarną, zmierzwioną czupryną na głowie drugi z lekka krągły z zaczerwienionymi polikami. Widać było, że to już ich nie pierwsza butelka i że piwo całkiem nieźle się zadomowiło w ich mózgach.
– Dzień dobry – powiedziałem głośno.
– Dzień dobry – odpowiedzieli zgodnie.
– Można tu się piwka napić ? Zapytałem.
– Jo – przeciągle powiedział ten okrąglejszy.
Drugi pokiwał głową, jakby chciał potwierdzić, zwięzłą odpowiedz pierwszego.
– A dobre, chociaż? – Zapytałem, aby podtrzymać rozmowę.
– Mokre – odparł ten, który do tej pory jedynie kiwał głową.
Zaśmiali się obydwoje.
– I rozwesela, jak widzę. A po gębach tu nie biją ? – Zapytałem żartem.
– Ni – odpowiedział ten chudszy.
– Chyba że kto zasłuży – szybko rzucił ten okrąglejszy, co wywołało jeszcze szersze uśmiechy na ich twarzach.
– Czyli jak wszędzie, więc wchodzę – to mówiąc, przekroczyłem próg otwartych na oścież drzwi.
Pomieszczenie nie było duże może na cztery stoliki, niski sufit i mrok dookoła. Okno z ciężkimi firankami nie bardzo pozwalało przedostać się światłu do środka. Ściany wyłożone od podłogi do sufitu czymś na wzór boazerii nosiły ślady wszystkich lat użytkowania. W lewej części pomieszczenia stał stół bilardowy, przy którym kolejnych dwu mężczyzn rozgrywało partyjkę. Na wprost drzwi znajdował się lada po jej lewej stornie stała chłodziarka z lodami. Za barem stała nie młoda już kobieta, krągła farbowana blondynka około pięćdziesiątki. Przy ladzie stała druga z tej samej półki wiekowej. Plotkowały o czymś dość leniwie i rozmowa nie należała do ożywionych. Widać było, że ani jednej, ni drugiej nigdzie się nie spieszy. Jak mi się wydawało, było to zrozumiałe w przypadku barmanki, nie do końca zaś w przypadku jej interlokutorki, przy której nogach stały dwie pokaźne siaty z zakupami. Oczywiście znowu głośno się przywitałem i jak na komendę ze wszystkich stron niczym w muzycznej kakofonii usłyszałem słowa dzień dobry, jedne dobiegały ciszej, drugie głośniej, inne wypowiedziane gdzieś tam pod nosem były ledwie słyszalne. Kiedy podszedłem do baru, kobiety przestały rozmawiać. Barmanka zaczęła patrzeć na mnie pytająco zaś jej rozmówczyni ciekawsko co tym razem było zrozumiałe w obu przypadkach.
– Jedno duże poproszę – wskazałem na znajdujący się na ladzie nalewak.
– Z kija nie ma – odparła barmanka – nie ma wzięcia, kiedyś tak, ale teraz… nie opłaca się.
– To, co mamy do dyspozycji? – Zapytałem.
Przesunęła się na bok, wskazując półkę. Zerknąłem, nie byłem smakoszem, piwo piłem tylko czasem, latem, kiedy było gorąco. Widząc kilka rodzajów, z których żaden do mnie nie przemawiał, zdałem się na jej gust.
– Da pani jakieś, wszystko jedno, aby zimne.
Kobieta wyjęła z małej lodówki poniżej baru butelkę żywca, otworzyła i podała mi szklankę.
– Może dać mi pani małą? – Zapytałem. Nie lubiłem pić z dużych szklanek, piwo traciło w nich smak.
Wymieniła bez słowa.
Znajoma barmanki cały czas mnie obserwowała, nie dziwiłem się, byłem kimś spoza, czymś nieznanym, nowym, czymś, co oko widziało, a umysł rejestrował po raz pierwszy. Teraz kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uciekła wzrokiem w kierunku sprzedawczyni. Zapłaciłem, wziąłem butelkę, szklankę i postanowiłem iść na powietrze, w taką pogodę było tam przyjemniej niż w środku. Wychodząc, usłyszałem, jak kobiety znowu wróciły do rozmowy.
– Widzisz Danusia i to dlatego mamy nowych policjantów we wsi – dobiegły mnie słowa.
Więcej nie usłyszałem byłem już na zewnątrz i Szum przejeżdżającego samochodu zagłuszył wszystko. – Policja – pomyślałem – to jedyny minus, jaki dostrzegałem w tym miejscu.
Z lewej strony baru, patrząc od zewnątrz była wąska wnęka utworzona przez jego ścianę oraz ogrodzenie, za którym znajdował się czyjś ogród. We wnęce tej znajdowały się prostokątny wąski stół z dwoma ławkami umieszczonymi po jego dłuższych stronach. Zasiadłem samotnie. Nalałem piwa do szklanki i wypiłem duszkiem połowę. Wyjąłem papierosy, zapaliłem i zaciągnąłem. Spojrzałem na przeciwległą stronę ulicy. Stał tam budynek, w którym jak mogłem dojrzeć, znajdowała się Pizzeria, gdzieś spod niej wyjechał na skuterze, sądząc z postury młody chłopak z typową torbą dostawczą. Ciekawe, pomyślałem – tak żywa ta wioska…czy tak duża.

Czytaj kolejny rozdział → TAJEMNICZY NIEZNAJOMY

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!