RSS
 

Ogień, nie woda – przewodnikiem moim będzie…

ognisko1Rozdział XVIII

Zaczynało już dobrze zmierzchać, czarna ciemność nadchodziła z każdej strony zbitej zielenią ściany lasu. Dwa stosy drewna, jeden na palenisku drugi obok, czekały na swoją kolejną fizyczną przemianę. Pomiędzy nimi na zespawanej z prętów niewielkiej kracie leżały trzy spore podpłomyki. Zrobiłem je z mąki, wody, soli, bazylii, i kawałków drobniutko posiekanej kiełbasy. Wbiłem nóż w ziemię, otworzyłem krzesiwo i kółkiem uwolniłem garstkę iskier. Suchy zbity mech złapał kilka z nich i zadymił, pokręciłem jeszcze raz i podmuchałem. Mały płomyk delikatnie zaczął pochłaniać materię. Zacząłem układać cieniutkie, grubości zapałek patyczki. Zajęły się i płomień rozdzielił się na trzy mniejsze, rosnące z każą sekundą, rozprzestrzeniał się powoli, wchodził pod grubsze gałęzie i zaczynał coraz mocniej strzelać świeżym igliwiem. W oddali można już było dojrzeć otoczoną kamieniami dorodną funkie i tarczę do rzutek, którą zbiłem dzisiaj rano ze starych desek. Usiadłem. Po chwili podniosłem się i poszedłem po butelkę whisky. Kiedy wróciłem, ognisko kwitło już płomieniami sięgającymi powyżej pasa. Znowu usiadłem, odkręciłem zakrętkę, która wydała charakterystyczny metalowy dźwięk, nalałem do szkockiej bursztynowego płynu i natychmiast wypiłem, nalałem kolejna porcję, zakręciłem butelkę i położyłem obok. W głowie poczułem delikatne mrowienie – znak, że alkohol dotarł. Wyjąłem z papierośnicy papierosa i zapalniczkę z kieszeni. Od tygodnia paliłem tylko papierosy, które sam sobie skręcałem, kiedyś nauczyłem się tego w Holandii. Odszukałem stara maszynkę. W sklepie kupiłem gilzy z filtrem i nabijałem, układając je równo w srebrnej papierośnicy, prezencie jaki dostałem wiele lat temu od pewnej kobiety. Zaciągnąłem się, a wzrok mój zastygł w pomarańczach płomienia. Zobaczyłem hotel i ją.

Tureckie uliczki targowe

Tureckie uliczki targowe

Bananowiec Turcja

Bananowiec z kwiatami i owocami

W Turcji pojawiłem się na początku lipca. Upały dusiły człowieka jak gąbkę, wyciskając całą wodę, powodując uczucie pernamentnego pragnienia. Pięciogwiazdkowy hotel Botanik mieścił się w rejonie Alanyi. Wyjechałem, aby odpocząć od tego całego biznesu, który po początkowej radości zaczynał nawiewać coraz chmurniejsze myśli. Zaczynałem rozumieć, że to się kiedyś skończy i to nie dobrze skończy. Pierwszych kilka dni urlopowych faktycznie rozluźniło mnie i dodało energii. Zapomniałem o Valdemaro, procesorach, dyskach i całym tym komputerowym szmelcu. Pływałem w basenach, korzystałem z jacuzzi i wszystkiego, co w takich miejscach wiąże się z all inclusive. Restauracyjne bary oferowały codziennie na obiad sto dwadzieścia potraw, deserów i owoców. Do kolacji przygrywały kwartety smyczkowe. Było idyllicznie, a jednak… stało się.

Hotel Botanik pok. nr 312

Hotel Botanik pok. nr 312

Którejś nocy, kiedy wróciłem do pokoju i zapaliłem światło, ujrzałem ją. Siedziała pomiędzy łóżkiem a stolikiem, na którym stała butelka wina i dwa napełnione kieliszki. Ubrana była w skórzane cienkie spodnie koloru kawy z dużą ilością mleka i taka samą marynarkę. Na twarzy miała ciemne okulary.
– Niech pan zgasi światło i zapali w łazience – powiedziała spokojnie.
Rozejrzałem się, była sama. Zamknąłem drzwi na klucz, dopiero potem zgasiłem światło i zapaliłem w łazience.
– Zastanawia się pan, kim jestem i po co tu przyszłam. Nie jestem hotelową dziwką – od razu zaznaczę.
Nadal nie się nie odzywałem. Wiedziałem, że to nie dziwka, zastanawiałem się tylko, jak zbliżyć się do miejsca gdzie mam broń.
– Niech pan się nie denerwuje, przyszłam tu i wyjdę stąd, a pan będzie mógł nadal upajać się urlopem. Oczywiście, jeśli nie zrobi pan niczego głupiego.
Usiadłem w fotelu obok, wziąłem do ręki lampkę wina.
– Mogę? – Zapytałem, unosząc ją na wysokość ust.
– Oczywiście – uśmiechnęła się delikatnie. – Napijmy się. – Usiadła wygodniej w fotelu, podnosząc drugi kieliszek.
– No, to za spotkanie, kimkolwiek jesteś – powiedziałem i wypiłem do dna.
– Broń, noże, ten cały szmelc są na swoim miejscu, więc jak widzisz, nie przyszłam tu walczyć – powiedziała, odstawiając kieliszek na stolik.
Patrzyłem na nią. Było gorzej niż myślałem. – Dobrze. Ponieważ nie lubię oczekiwania – słucham.
– Pracujesz dla pewnej, nazwijmy to dużej korporacji mającej międzynarodowe powiązania i siedziby. Jesteś, można by powiedzieć kimś w rodzaju consigliere. – spojrzała na mnie. Nie widząc żadnej reakcji, kontynuowała. – Ja zaś jestem kimś skromnym, nazwijmy to… – zastanowiła się – twoim sumieniem.
– Wspaniale, ładne mam sumienie i co dalej?
– Chcę dać panu szansę.
– To miłe, a co jak powiem, że mam gdzieś takie szanse? – Odstawiłem kieliszek.
– Nalać jeszcze? – Zapytała.
– Wzruszyłem ramionami. Napełniła oba kieliszki.
– Wtedy powiem, że to pana wybór, ale z urlopu już pan nie wróci. Coś się tam panu przytrafi. Potrąci pana samochód albo napadną jacyś złodzieje. Zatrzymać pana nie możemy, aby się nie dekonspirować. Sam pan rozumie.
Nie obawiałem się śmierci, zresztą umiałem jej unikać. Jednak coś mnie wciągnęło.
– A jak się zgodzę?
Podała mi kieliszek.
– Wtedy otrzyma pan gwarancje nietykalności.
– I co dalej?
– Zrobi pan swoje i zniknie, w czym oczywiście pomożemy.
Zaczynało mi się to podobać, noradrenalina chyba była mi niezbędna do życia, a taka gra znacznie podnosiła jej poziom.
– Mam czas do namysłu?
Wciągnęła powietrze przez zęby.
– Nie za wiele, tyle, co do zakończania tej butelki – wskazała na stolik.
– Dobrze, zawsze to jakaś chwila – uśmiechnąłem się. – Pozwolisz, że wezmę prysznic?
Rozłożyła ręce.
– Proszę.
Wstałem i wyszedłem do łazienki. Zrzuciłem ubranie i wszedłem do kabiny. Chłodna woda spływała po ciele, dając ulgę od tureckich upałów. W ogóle nie myślałem o zaistniałej sytuacji. Łapałem wodę ustami i wypluwałem. Wylałem na siebie dużą ilość płynu do kąpieli i czułem, jak wszystko ze mnie spływa, wszystko spływa, cały ten brud.
Kiedy wyszedłem, nadal siedziała, tak jak ją zostawiłem, miała kasztanowe włosy i zgrabną figurę. Jedyne co się zmieniło to, to, że zdjęła okulary.
– Nie chcę ogona, nie chcę ochrony, wszystko zostaje po staremu. Na lotniskach chcę mieć swobodny przepływ z bronią.
– Jasne, nie widzę problemu – zgodziła się spokojnie.
Sięgnąłem do szuflady i wyjąłem papierosy. Zapaliłem, otworzyłem taras, stając w drzwiach. Na dworze rządziła upalna wilgoć. Poczułem, że stanęła za mną.
– W gruncie rzeczy jesteś całkiem ciekawym facetem – powiedziała miękko.
– Nie musisz mnie urabiać, zgodziłem się już na współpracę.
– Wiem – odparła i odsunęła się w głąb pokoju.

                                                                   *
Kiedy wychodziła, butelka była pusta.
– Zejdę schodami, te szklane windy na zewnątrz budynków są zbyt oficjalne – powiedziała, kiedy ją odprowadzałem. Nie chciałem zostawać w pokoju, miałem ochotę na zabawę i szaleństwo do rana, coś ze mnie spadło i to z wielkim hukiem.
Nie zdążyłem zareagować, kiedy skręciła na schody przeciwpożarowe.
– Dobranoc – kiwnęła głową, znikając za wyłomem.
Nie schodzi się kanałami, jeśli chce się coś ukryć, pomyślałem, to zły pomysł. Zawróciłem i przyspieszyłem kroku. W tym momencie usłyszałem jęknięcie i szarpanie. Wyskoczyłem na schody. Jakiś mężczyzna próbował ją odepchnąć, widać wpadła prosto na niego. Trzymał ją za ręce. Wykręciła się sprawnie i uderzyła go w twarz. Odskoczył, sięgając ręką za spodnie po broń. Podszedłem szybkim krokiem i chwyciłem go  ręką za gardło, ściskając mocno. Spojrzeliśmy sobie w oczy.
– Co jest kurwa? – Wychrypiał. – To ja Abrozjo.
– Nic – odparłem i wciąż trzymając go za gardło, wyciągnąłem na korytarz, następnie wepchnąłem do pokoju.
– Kto to był? – Zapytała, kiedy po chwili wyszedłem.
– Już nikt. Wcześniej ochrona Valdemaro.
– Sięgnęła do kieszeni – weź to, to moja ulubiona – podała mi papierośnicę.
– Po co?
– Jakby nie patrzeć możliwe, że uratowałeś mi życie. Jak zdobędziesz w życiu kilka takich prezentów, może coś zrozumiesz.
– Ratowałem swoje.
Spojrzała, mrużąc oczy.
– I tak ją weź.
Oderwałem wzrok od ognia, i zaciągnąłem się ostatni raz, wrzuciłem niedopałek do ogniska. Podniosłem szklankę i wypiłem do dna. Mrok już można śmiało było nazwać nocą. Podniosłem się i dorzuciłem do ognia. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dwudziesta trzecia. Poszedłem do kuchni i zacząłem robić sałatkę. Powoli kroiłem pomidory, później cebulę, na koniec ogórki, wszystko porządnie posoliłem i zalałem śmietaną, którą od czasu posiadania świeżego mleka zbierałem skwapliwie do dużego kamionkowego dzbana. Zamieszałem i wyszedłem na zewnątrz. Miskę postawiłem obok kraty, na której leżały podpłomyki. Znowu zapaliłem papierosa i znowu nalałem sobie whisky. Od wczoraj zapowiadali deszcze, ale niebo pełne było gwiazd. Jak ja chciałbym być, jeszcze dalej niż jestem – pomyślałem – Tak daleko, aby nikt ani nic do mnie nie docierało. Usłyszałem szelest. Podniosłem głowę i nasłuchiwałem, nic cisza. Wziąłem łyk alkoholu i zaciągnąłem się ponownie. W tym momencie stanęła po drugiej stronie ogniska. Patrzyła przez chwilę, a ja odpowiadałem jej takim samym spojrzeniem.
– Dobry wieczór – powiedziała po chwili.
Uśmiechnąłem się.
– Dobry wieczór – odpowiedziałem.
– Nie za późno?
– Nie. Właśnie zdążyłem rozstać się ze wspomnieniami.
Przeszła na moja stronę i usiadła obok.
– Ciepło – szepnęła.
– Ogień daje to, co może swojego najlepszego – rzekłem filozoficznie, czując jednocześnie, że zabrzmiało to sztucznie.
– Co to? – wskazała głową na placki.
– Podpłomyki – odparłem.
– No, a czemu nie na ognisku?
– Właśnie też się zastanawiam – uśmiechnąłem się.
– Co to za wspomnienia? – Zapytała.
– Nie warto opowiadać – odparłem.
– Nie do końca miłe?
– No, nie do końca.
– O czym będziemy rozmawiać?
– A o czym byś chciała?
– Powiedz, jaki jesteś, co tu robisz, dlaczego?
– Dlaczego co?
– Dlaczego się chowasz.
– Sądzisz, że przed czymś uciekam?
– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Ty mi powiedz.
– Nie lubię ludzi. Czy to wyjaśnia wszystko?
Patrzyła w ogień, jej długie połyskujące włosy rozlewały się na ramionach.
– Tak. To wyjaśnia wiele – powiedziała powoli.
– A co ty tu robisz i dlaczego?
– Mieszkam. Po prostu mieszkam.
– Ja też, ale to nic nie wyjaśnia.
– Mieszkam od zawsze. – Podkurczyła nogi, obejmując je rękami, opierając głowę o kolana. Jej cienka sukienka uniosła się, ukazując długie zgrabne uda.
– Nie boisz się lasu?
– Dlaczego pytasz mnie o to już drugi raz? – odpowiedziałem pytaniem.
– Bo las jest dziwny. Czasami przyjazny, a czasami..
– Jaki?
– Po prostu żyje i ma swoje uczucia.
Odwróciłem podpłomyki, z jednej strony zaczynały już nabierać brązowego koloru.
– Napijesz się? – zapytałem.
– Daj mi papierosa i nalej – powiedziała jakby w noc.
Nalałem do szklanki i uniosłem w jej stronę. Wzięła w obie dłonie. Sięgnąłem po papierośnicę, wyjąłem papierosa, zapaliłem i podałem, patrząc na jej profil. Zaciągnęła się, potem szybko wzięła mały łyk alkoholu, potem jeszcze jeden wreszcie wypiła do dna. Wziąłem łyk z butelki.
– Co robiłeś wcześniej?
– Tułałem się po świecie, trochę tu, trochę tam, robiłem pieniądze.
– Udało się?
– Zarobić tak, ale świat, ludzie mnie rozczarowali.
Uśmiechnęła się ironicznie.
– Co, ludzie nie są tacy, jak wyglądają z zewnątrz?
– Są paskudni, rzekłbym delikatnie.
– A ty?
– Ja też, powiem asertywnie – uśmiechnąłem się.
– Nalej mi jeszcze – podała szklankę.
Ponowne napełniłem szklankę. I sam wziąłem kolejny łyk z butelki.
– Widziałeś tych ludzi tutaj? Są tacy nijacy. Niby weseli, a jednak szarzy. Co dzień wykonują te same czynności i co dzień idą spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Takie wiejskie życie.
Zdjąłem podpłomyki, które miejscami złapały już czarny kolor, przełamałem jednego na pół.
– Proszę – wyciągnąłem rękę w jej stronę. Wzięła i ugryzła, natychmiast popijając whisky.
– Nie złe, naprawdę dobre – pokiwała głową z aprobatą.
– Dzięki – powiedziałem, sam zatapiając zęby w kruchym cieście. – Co do ludzi „tutaj” to nie chcę ich dostrzegać, traktuję ich, można by rzec dobrodusznie, oni przynajmniej nie są tak mocno ubabrani w tą cała cywilizację.
– Czyli postawa litościwego pana, co to wyżej sięga i patrzy z góry – powiedziała z ironią w głosie.
– Mam tu jeszcze sałatkę z pomidorów – przekręciłem się na boku i podniosłem miskę.- Przynieść talerzyk?
– Nie trzeba – nabrała łyżką i wzięła do ust.
– Nalać ci jeszcze? – Zapytałem, widząc pusta szklankę.
Podała bez słowa.
– Nie mówmy już o smutkach – powiedziałem, nalewając.- Lubisz muzykę?
– Bardzo. Masz coś fajnego?
– Poczekaj, dołożę do ognia i zaraz coś zorganizuję.
Po chwili wyszedłem z laptopem i małymi głośnikami.
– Puszczę ci to, co lubię. Pokażę ci muzykę.
Odłamała kawałek z kolejnego podpłomyka, wzięła kolejna porcję sałatki do buzi, uśmiechnęła się.
– Nalej mi jeszcze – poprosiła.
– Dasz radę wrócić do domu?
– Nie mam zamiaru wracać – odparła z kolejnym uśmiechem na ustach.- Dawaj tę muzykę.
Przez kolejna godzinę odtwarzałem wszystko to, co wyzwalało we mnie największe pokłady uczuć w tej mojej samotności. Słuchała. Czasami prosiła, aby puścić jeszcze raz. Czułem, że przeżywa coś podobnego co ja, może inaczej, ale czuła, była jak struna, która wpada w te same wibracje co fala dźwięków.
– To musisz mi nagrać – powiedziała, słysząc Vangelisa.
Patrzyłem na nią i coraz bardziej czułem, jak mnie kupuje. Moje myśli, moją muzykę.
– Dobrze, jak masz pendrive przynieś, załatwimy to hurtem.
– Fajnie – Wstała nagle. – Myślałeś kiedyś o śmierci? – Zapytała znienacka, zupełnie rozweselona, patrząc na mnie z góry.
– Każdy chyba myślał – odparłem, nie chcąc kontynuować tego tematu. Przypominało mi to przeszłość, a nie to chciałem widzieć w tej chwili.
– Ludzie zabijają ludzi i sami umierają. Czy to nie świństwo czynione jeden drugiemu i sobie nawzajem i przez Boga?
Odwróciłem głowę, potem zniżyłem i wziąłem papierosa. Błysk zapalniczki przebił swym blaskiem płomień z dogasającego ogniska.
– Co o tym myślisz?
Stała nade mną delikatnie kołysząc się w takt muzyki.
– Co o tym myślisz? – Powtórzyła nieruchomiejąc. Widać poczuła narastające we mnie napięcie.
– Naprawdę chcesz wiedzieć?
– Tak, chcę wiedzieć – powiedziała, spokojnie.
– Spojrzałem jej w oczy.
– Widziałeś śmierć? Miałeś z tym coś wspólnego? Czy może boisz się śmierci?
Podniosłem się gwałtownie.
– Co tam śmierć. Śmierć fizyczna jest niczym. To nie ustanie funkcji życiowych nas zabija. Najgorsze jest, kiedy umiera myśl, kiedy brakuje jej przestrzeni jak powietrza do rozważań, do budowania nadziei. Wraz z postrzeganiem beznadziejności trwania, zmniejsza się szybkość i nieskończoność myśli, które pchają człowieka ku dalszemu życiu, dalszej drodze. Dlatego odeszli Hemingway, Rothko i wielu innych. I żadne tworzenie, żaden obraz, rzeźba czy słowo niczego nie zmieni, nie zmieni ludzi. Jeśli to pojmiesz, dojdziesz do tego miejsca, w którym nie widzisz sensu swojego działania jako twórcy, jako myśliciela, naprawiacza świata i jako zwykłego człowieka. Człowiek w swoim humanizmie przerósł Boga i skończył się.
Patrzyła przez chwilę na mnie w milczeniu.
– Gdzie mogę się położyć? Chcę iść spać.
– Nie boisz się? – wypaliłem z rozpędu.
– Chce się położyć – powiedziała cicho.
Usiadłem, opuściłem głowę i przez chwilę ręką silnie pocierałem czoło. Wstałem, podszedłem do studni, napompowałem wody do wiadra i chlusnąłem w ognisko.
– Chodźmy, to koniec.
Zaprowadziłem ją na piętro, do sypialni.
– Proszę, tu masz wszystko. Łazienka obok.
Wyszła na korytarz. Zapaliło się światło. Z głębi dobiegł głos szumiącej wody. Usiadłem na łóżku, w ustach trzymałem niezapalonego papierosa. Pierwszy raz chyba od dawna nie mogłem zebrać myśli. Siedziałem i miałem wrażenie, że nie myślę. Dziwne uczucie. Zgasło światło. Stanęła w drzwiach.
– Nie pal tutaj – powiedziała i jednym ruchem zdjęła sukienkę. W poświacie księżyca, która wpadała przez okno, widziałem jej młode smukłe ciało i włosy, które okalały szyję, niknąc gdzieś za karkiem na plecach.
– Gdzie ty będziesz spał? – Zapytała.
– Ty tutaj – wskazałem jedną połowę łóżka – a ja tutaj – pokazałem na drugą połowę.

Consigliere (konsiʎˈʎɛːɾe, wł. doradca) – prawa ręka i główny doradca głowy mafijnej rodziny, nazywanego donem.

Czytaj kolejny rozdział → A KIEDY PRZYBYLI JEŹDŹCY BURZY…

Zostaw odpowiedź

 


 
  1. Ania

    10 sierpnia 2014 o godz. 7:46 pm

    Kiedy czytałam ten wpis jakiś czas temu wydaje mi się, że było coś inaczej..to spotkanie na schodach, pchnięcie nożem..zmieniłeś coś? czy mi się pomyliło..

     
  2. Karol

    14 września 2015 o godz. 6:21 pm

    Sporo filozofii, ale muszę przyznać że mnie wciąga.
    No i barwnie pisane z pewną lekkością. Widać że wiesz co chcesz napisać.
    Się kupuję na ciąg dalszy :)

     
  3. batuta

    14 września 2015 o godz. 8:11 pm

    Zgadzam sie z Karolem że autor bardzo umiejetnie wciąga, przenosi czytelnika w świat swojej wyborazni , Czytajac zupełnie się zatracam i utożsamiam się z bohaterami , już niecierpliwie czekam na dalsze odcinki :)

     
 
error: Content is protected !!