RSS
 

Okolice i tajemnice…

Rozdział X

Pozostałości dworu Franciszka von Gerlach

Pozostałości dworu Franciszka von Gerlach

Kolejne dni minęły na ciągłym urządzaniu domu, zawsze czegoś brakowało, a to półki, to wieszaka, patelni, gwoździa czy serwety. Kupiłem też impregnaty do drzewa i pomalowałem wszystkie elementy, które były narażone na wilgoć. Z kuchtą doszedłem do porozumienia. W przeciągu miesiąca mieliśmy załatwić wszystkie formalności związane z zabezpieczeniem ewentualnych moich roszczeń. Umówiliśmy się, że pieniądze wpłacę mu w trzech transzach. Wyglądał na zadowolonego, miałem tez nadzieję, że dochowa tajemnicy. Powoli mój dom stawał się naprawdę mój, nabierał kolorów życia. Początkowy strach powodowany myślą o nudzie, w jaką się wbijam w tej głuszy, uległ zatarciu. W domu zawsze było coś do zrobienia, umysł zawsze był zaprzątnięty jakąś myślą, jakimś nowym pomysłem. Kiedy tylko coś wymyśliłem, a najczęściej zdarzało się to wieczorami, nie mogłem się doczekać rana, aby dokonać zakupów i rozpocząć kolejne dzieło, by później delektować się efektem. Były to bardzo drobne i patrząc z perspektywy postrzegania miejskiej szybkości życia i fabrycznych produktów proste i ułomne efekty, ale miałem wrażenie, że sprawiają zdecydowanie więcej przyjemności. Dogadałem się też z leśniczym i zacząłem budować ogrodzenie. Prace szły mozolnie więc aby się nie zniechęcać, podzieliłem je na dzienne niewielkie etapy. Wyszło mi, że całe ogrodzenie zakończę za jakieś półtora miesiąca. Nie spieszyłem się, ostatecznie miałem tu spędzić swoja wieczność. Dzisiaj była sobota, dałem więc sobie wolne. Postanowiłem zwiedzić okolicę zapoznać się z nią bliżej, powiedzieć dzień dobry wszystkiemu, co dookoła. Wyjechałem samochodem na asfalt. W radiu leciała audycja o e-czytnikach. Jakiś człowiek przekonywał, że to świetny sposób na czytanie książek, tak zwanych e-booków. Pomysł dobry – pomyślałem – gdyby nie te ceny. Asfalt wił się to pod górę to znów w dół. Kręta droga, która zwykle przeszkadza, dzisiaj była strawą dla oczu i wietrzyła umysł, ukazując niczym w kinie, wyłaniające się co chwila zza zakrętu, nowe kolorowe sceny. Łąki w dole, pola w górze, lasy, wszytko poprzedzielane od czasu do czasu nitkami strumyków czy rzeczek. Mężczyzna w radiu właśnie tłumaczył dziennikarzowi, dlaczego elektroniczna książka kosztuje praktycznie tyle samo co papierowa: Wprawdzie pomijamy skład, druk i papier, ale musimy przeprowadzić digitalizację książki, co też jest drogie. Z prawej strony mijałem spory budynek, zwolniłem, musiał to być dwór, o którym czytałem w internecie. Wybudował go Franciszek von Gerlach. Podobno cały majątek był kiedyś własnością Milczewskich, Loytzów i Gerlachów. Zatrzymałem się, zrobiłem zdjęcie. Nie wyglądał dzisiaj na coś nadzwyczajnego, a jednak duch Geralchów musiał tam w środku być. Ruszyłem powoli dalej. Audycja właśnie się skończyła i poleciała jakaś muzyka. Zastanawiałem się, ile osób uwierzyło w te bzdury o kosztach digitalizacji książek, które wydawnictwa otrzymują od autorów przecie w „wordzie”. Wiadomość poszła w eter w 40 milionowym kraju. Ile osób zda sobie sprawę z fałszu? Ile będzie miało czas, aby się nad tym zastanowić. Samochód wznosił się w górę, po prawej stronie zobaczyłem odnogę drogi, która szła dwoma zakrętami ostro w górę, nie wiele się zastanawiając, skręciłem. Po kilometrze asfalt się skończył, ustąpił zwykłej, piaszczystej, mocno wyboistej drodze. Po stu metrach po lewej ujrzałem jelenia. Mijałem go powoli, a on stał na łące, pilnie obserwując mechanicznego intruza. Gdzieś w oddali zobaczyłem małą chatę. Była skromna, biednie postawiona, ale bajkowa, taka z małym zadaszonym podestem jak w domach z miasteczka na dzikim zachodzie. Stojący przy drzwiach bujany fotel uzupełniał obraz. Na ścianie wisiało koło od wozu pomalowane na czarno, a dookoła pełno kwiatów. Pofałdowany teren i bogata, naturalna roślinność podkreślała jego urok. Chatka była niewielka, mogła mieć ze dwie izby, ale to jaką energią promieniała, tu w lesie, samotnie, sprawiało niemożliwym myśl, iż ktoś tu jest nieszczęśliwy z powodu braku e-czytnika czy jakiejkolwiek innej cywilizacyjnej nowinki. Jakiś kilometr dwa dalej zauważyłem, że po prawej stronie drogi pojawiły się kwiaty – czerwone astry. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że były one posadzone ludzką ręką. Ciągnęły się wzdłuż drogi, gdzieś po horyzont, pachnącym aksamitnym kolorowym sznurkiem. Były posadzone gęsto i podsypane ciemniejszą żyźniejszą ziemią. Nigdy nie spodziewałbym się takiego widoku tutaj. Widziałem w tym kraju wiele wsi, jednak jeszcze nie widziałem kwiatów sadzonych wzdłuż drogi w środku łąk i lasów. Uśmiechnąłem się, co może zastąpić tak proste przeżycie, jakGłodnica kwiaty ogrodowe na wolności, nie w klatce z płotu czy siatki, śledzone bacznym okiem nadzorcy, a bratające się z trawą mchem i szyszką, zerkające w oczy sarnom czy zającom. Po kilkuset metrach, wyboistej, ale kwiatowej drogi, jak poinformował mnie drewniany drogowskaz, wjechałem do wsi. Zatrzymałem się ma krzyżówce polnych dróg. Dziwna to była wieś, żadnej drogi asfaltowej i kilka domków – jakiś maleńki przysiółek – pomyślałem. Skręciłem w lewo i po kilkunastu metrach zauważyłem karczmę, byłem zaskoczony karczma w środku lasu? Dla kilku domostw? Na turystę raczej liczyć tu nie można, zresztą kto by tu dojechał, dajmy na to zimą, po tych polnych drogach? Za płotem piękna skalna zieleń, tuje, oczko wodne, pomiędzy tym, stare, Głodnica2drewniane narzędzia rolnicze – i tu w zasadzie kończyły się zabudowania. Zawróciłem, przy okazji zerwałem jabłko z dzikiej jabłoni, było twarde niczym kalarepa, aż strzeliło, jak ugryzłem. Z drugiej strony maleńkiej wsi zobaczyłem budynek, którym była otoczona resztkami muru szachulcowego ceglana szkoła. Przy bramie na murze znajdował się kamienny posąg z uniesioną szablą w dłoni. W oknach stały drewniane kołowrotki i inne narzędzia, nazw ich nie znałem. Zatrzymałem samochód, wysiałem i poszedłem dookoła szkoły. Na podwórku znajdowało się naturalne oczko wodne dalej boisko zrobione na łące, a jeszcze dalej kamienny kopiec, na jego czubku stała jakaś kamienna niewielka figura. Odnosiłem wrażenie, że cała wieś – jeśli te kilka domków w ogóle można nazwać wsią – była z jakiejś zupełnie innej bajki. Nie widziałem w niej ani jednego człowieka za to pełno kamieni. Poukładane były w mniejsze lub większe kopczyki. Na ściętych pniach drzew znajdowały się nie wiadomo do czego służące, szerokie i głębokie nacięcia. Dziwne miejsce. Wsiadłem w samochód i pojechałem dalej. Kiedy zaczął się las, przy drodze pojawiły się ponownie kamienie. Były skryte pomiędzy trawami bądź stojąc na pniach drzew, zlewały się z bujną zielenią lasu. Czasami były z nich ułożone maleńkie kręgi. Co to wszystko ma wspólnego z życiem. A może odwrotnie, może patrząc na betonowe miasta – należałoby o to zapytać? Pojechałem dalej pozostawiając za sobą Głodnicę, bo tak się nazywał ów zakątek. Jechałem polnymi drogami, co jakiś czas zatrzymywałem się i zbierałem kamienie, widać, jak tu się mieszka… tak trzeba. Kręciłem się po duktach leśnych jeszcze jakieś dwie godziny. Samochód pokrył się cienką słomianą warstewka suchego pyłu, otwarte okna sprawiły, że przedostawał się też do środka. Patrzyłem na zakurzona deskę rozdzielczą i zastanawiałem się; ludzie, od kiedy klimatyzacja stała się powszechna, bojąc się nagrzanego powietrza, kurzu i dźwięków poruszają się jak puszce. Patrząc na miasta, można to zrozumieć jednak już poza nimi zrozumieć takiego zachowania nie idzie. Śmialiśmy się z Michaela Jacksona i jego namiotu tlenowego, a sami zaczynamy je sobie tworzyć i nawet nie dostrzegamy, że zaczynamy w nich żyć. Czy człowiek nie zaprzecza w ten sposób stwórcy, nie podważa jego idealności, skoro odcina się od wszystkiego, co stworzył? A jeśli tak, to czy nie wskazuje przez to, że sam stworzyłby świat lepiej od niego? W kolejnej wiosce, a właściwie jakiś kilometr za nią, w lesie, natrafiłem na zagrodę. Na jej terenie, jak głosił szyld na murze, znajdowały się stawy rybne. Gospodarz, który okazał się starszym bardzo niskim i bardzo szczupłym, mężczyzną – później się dowiedziałem, że był kiedyś znanym dżokejem – bez problemu odłowił cztery ładne sztuki pstrąga i rzucił na wagę. Zapłaciłem niewiele, trzydzieści dwa złote. Wychodząc na drogę, poczułem się jak myśliwy, który wraz ze świtem zapuścił się na nowy teren łowisk, przebadał je i na koniec upolował zwierzynę przedniej jakości. Mogłem wracać do domu. W Strzepczu zatrzymałem się jeszcze przy sklepie, aby kupić przyprawy do ryb, pęczek pietruszki i koperku. Kiedy wyszedłem, zauważyłem nisko lecącego ptaka. Zatrzymałem się. Czarna kula zbliżał się do mnie, przez chwile miałem wrażenie, że mnie nie widzi, wyhamował jednak skrzydłami i wylądował obok samochodu. Podskoczył dwa razy na swoich łapkach, przekręcił łepek i patrzył na mnie. Mierzyliśmy się przez chwilę. Chciałem już ruszyć, ale on był pierwszy, podskakując i drepcząc na przemian, zbliżył się do mnie. Ze zdziwieniem patrzyłem, jak łamie wszelkie ptasie zasady. Kiedy dzielił nas może metr, zatrzymał się i znowu spojrzał na mnie, jakby oceniając moją reakcję. Po chwili już powoli, podszedł do mnie i stanął przy nodze. Spojrzał na mnie jeszcze raz, a potem dziobnął mojego buta.
– Ej co ty robisz! Zawołałem.
Spojrzał na mnie, przekręcił głowę na bok, zastygł, a potem postawił łapę na moim bucie i zaczął dziobać. Zupełne zbity z tropu nie wiedziałem jak się zachować.
– Zwariowałeś ?

Tym razem już mnie nie słuchał, był całkowicie pochłonięty stukaniem i dewastowaniem mojego buta. Dobrze, że założyłem stare, do chodzenia po lesie – pomyślałem. Kolejną myślą jaka przyszła mi do głowy to dać mu coś do jedzenia niestety nie miałem nic takiego. Ruszyłem się, odskoczył. Wszedłem ponownie do sklepu, kupiłem bułkę. Kiedy wyszedłem, stał nadal tam, gdzie go pozostawiłem. Podszedłem, patrzył na mnie bardziej z ciekawością niż ze strachem. Przykucnąłem i rozkruszyłem bułkę. Obserwował co robię, zbliżył się jeszcze bardziej, mogłem swobodnie go dotknąć, jednak czułem, że nie powinienem tego robić, że coś bym popsuł, choć zupełnie nie wiedziałem co. Dziobnął bułkę, którą trzymałem w ręku, oddarłem spory kawałek i podsunąłem mu. Chwycił, odszedł kilka kroczków, popatrzył na mnie jeszcze raz i odleciał. Co to miało znaczyć, nie wiem, wiedziałem tylko jedno, osiadłem we właściwym miejscu. Wieczorem nazbierałem drzewa i rozpaliłem ognisko. Wcześniej przygotowałem pstrąga, do środka napchałem pociętej drobno natki pietruszki i pocięty koperek, trochę masła i kilka plasterków pomidora. Pozostałe ryby też oczyściłem i schowałem do pojemnika, aby zachowały świeżość, otuliłem je dokładnie dużą ilością pokrzyw, które nazrywałem za domem. Wziąłem flaszkę wódki kieliszek i tak zaopatrzony wyszedłem przed dom. Płomienie obejmowały polana, przyjemne ciepło dotykało ciała. Cienie krążyły po ścianie lasu. Usiadłem po turecku, dorzuciłem dwa polana, spojrzałem w ogień. W „ognisku” najprzyjemniejsze jest chyba patrzenie. Jest w tym coś hipnotycznego, coś, czego nie rozumiem, człowiek wyłącza się, zastyga, jego myśli się zatrzymują, są gdzieś tam w środku ognia i wcale się nie parzą. Gorące powietrze je unosi, wiatr gdzieś rozwiewa i dobrze nam z tym. Nalałem kieliszek i natychmiast wypiłem. Ułożyłem pstrąga na prowizorycznych rusztach opartych o wbite w ziemię kije. Wyjąłem papierosa. W dzień nigdy nie paliłem, takie całodzienne wkładanie do ust papierosa za papierosem nie miało dla mnie sensu. Miły metaliczny dźwięk zippo i pojawił się żar, zaciągnąłem się. Mało tego, pozbawiało mnie intymnej przyjemności świadomego połączenia myśli z dymem. Było coś w tym dekadenckiego, kiedy ten miękki narkotyk dostawał się do głowy. Odwróciłem rybę i nalałem kolejny kieliszek. Spojrzałem na butelkę. Ile ja już tej wódki w życiu wypiłem ? Nazbierałoby się tego spore bajoro. Pierwsze prawdziwe pijaństwo, pierwszy chrzest, moment, w którym porzuciłem siebie i dałem się wciągnąć w tę grę, miało miejsce w Monte Carlo.
Zjechałem do miasta z gór, od strony Pizzy, zresztą nie było innej drogi. Słońce prażyło, a betonowe miasto na skałach jawiło mi się niczym boski olimp. Miałem rezerwację w hotelu „De Paris” Pierwszy raz jechałem do bajkowej krainy, jednak nie czułem tremy, przecież tego pragnąłem, tak chciałem żyć. Wprawdzie dzisiaj wiem, że apartament EXPERIENCE nie należał do najdroższych, ale wtedy kwota 2.365 EUR za dobę wydawała mi się astronomiczna, a jednocześnie piękna – blask ekskluzywnego świata skutecznie przysłaniał moją moralność. W hotelu nie czułem się już tak pewnie. Rzęsiście oświetlony hol i obowiązkowe powitanie w pokoju przez obsługę, postawiło mnie przed publicznością jak młodego aktora na scenie. Trzeba było zagrać tę rolę, a gra toczyła się o nie byle jaką stawkę. Kiedy w pokoju zostałem sam, zerknąłem na informator. Jak z niego wynikało, miałem darmowy wstęp do kasyna Monte Carlo, darmowe tokeny na grę, darmowe lotnisko i transfer, wszystkie środki transportu, jakimi dysponuje hotel oraz jeden otwarty rachunek na wydatki, jakie poczynię na terenie Monaco. Co można powiedzieć o Monaco ? Jedno – to europejskie Las Vegas. Sklepy Diora, Ives Saint Laurenta, czy Cartiera nie miały takiego wymiaru nigdzie indziej. Księstwem rządził potomek córki Napoleona Rainier Grimaldi, wdowiec po śmierci Grace Kelly, która zginęła w wypadku samochodowym na przedmieściach miasta. Na jej pogrzebie była księżna Diana, która sama podzieliła jej los piętnaście lat później. Ciekawe ile było prawdy w tym, że Grace Kelly, aktorka znana z choćby z „M jak morderstwo” Hitchcocka, zginęła z powodu 10 mln dolarów, jakie przekazała pewnej sekcie. Moja ryba już doszła, na zewnątrz pojawiła się obiecująca chrupiąca skórka. Wódka zaostrzyła apetyt, jadłem więc ze smakiem i mogłem dać głowę, że pstrąg był smaczniejszy niż w hotelowej restauracji. Sam Gordon Ramsay nie upiekłby jej lepiej. Kiedy skończyłem, czułem się błogo, zapaliłem znowu papierosa i nalałem kieliszek wódki. Wróciłem myślami do przeszłości. Mój pobyt w Monte Carlo trwał tydzień. Tydzień zabawy, jedzenia i picia dzień w dzień najlepszych alkoholi w towarzystwie Massino Morettiego, człowieka, który wszędzie był tutejszy i posiadał klucze do wszystkich drzwi. Potrafił załatwić spotkanie z każdym, śmiano się, że nie wychodzi mu tylko z umarłymi. Wszystkie zaplanowane spotkania odbywały się szybko i sprawnie. Zauważyłem przy tym, że alkohol dodawał mi pewności siebie. Umiejętnie rozkładając dawki, mogłem dużo wypić, nie tracąc kontroli, to była cenna cecha i zdawałem sobie sprawę z jej siły. Z dnia na dzień coraz bardziej podobał mi się biznes. W zasadzie w każdej chwili mogłem powiedzieć, że jestem na wakacjach, jak i to, że jestem w pracy. W trakcie niby towarzyskich spotkań zapadały decyzje o czyimś być albo nie być. Przychodziło to tak lekko, że wprawiało mnie to w zdumienie, ale jednocześnie towarzyszyło temu pozytywne podniecenie. Szybko zacząłem się orientować w układach i hierarchiach. Ci, którzy mieli naprawdę pieniądze, nie mieszkali w hotelach tylko w swoich apartamentach. Choć byli i tacy Jak Ives Saint Laurent, który wielbił swoją posiadłość w Marrakeszu i Monte Carlo było dla niego niczym. Wychowanek Diora poczciwy staruszek będąc homoseksualistą, nawet nie miał komu przekazać swojej potęgi. Sprzedał markę firmie „Sanofi”, którą później odkupił Gucci. Ognisko przygasało, wstałem i przyniosłem trochę drzewa spod tarasu. Wypiłem kolejny kieliszek wódki i zapaliłem kolejnego papierosa. Monte Carlo miało i swoje ciemne strony. Wspominały o śmierci bankiera Roberto Calvi, który popełnił samobójstwo, wieszając się na przęsłach mostu „Czarnych Braci” (Blackfriars Bridge) nad Tamizą i zapowiadały śmierć kolejnego – Eduardo Safra. Były poziomy władzy, do których policja nie miała dostępu.

Czytaj kolejny rozdział → CZAROWNICA Z MOKRĄ GŁOWĄ

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!