RSS
 

Poranek…

Rozdział IV

 

Spałem długo, chyba pierwszy raz od kilku lat. Kiedy przetarłem oczy i spojrzałem na zegarek była za dziesięć dwunasta. Podniosłem się, ziewnąłem i poszedłem na górę. – Z tą łazienką trzeba coś pomyśleć, chodzić za każdym razem na piętro to jakieś nieporozumienie – pomyślałem, będąc na schodach. Umyłem zęby, to podstawa. Zerknąłem na wannę, była brudna i zakurzona. Rozejrzałem się za jakimś proszkiem do mycia. Nic nie znalazłem. Otworzyłem kosmetyczkę i wycisnąłem połowę tubki pasty do zębów. Zmywakiem, który przyniosłem z kuchni, wyszorowałem całą emalię. Wlałem trochę płynu, do którego naczyń jakieś resztki znalazłem w szafce pod zlewem kuchennym i jeszcze raz przepłukałem. Po chwili wanna błyszczała bielą, a ja się trochę zasapałem, uznałem, że zaprawę poranną mam z głowy. Poszedłem do sypialni i z torby wyjąłem książkę „Histoire de la vie privèe” Podobnie jak jeść nie lubiłem w ciszy tak i kąpiel w wannie wydawała mi się czynnością całkowicie nudną i niespełnioną, jeśli nie miałem jakiejś ciekawej pozycji literackiej pod ręką. Przyznam szczerze, doszło do tego, że kiedy trafiały mi się jakieś ciekawe materiały do czytania, od razu właziłem do wanny. Dopuszczałem jeszcze inną formę „czytania” podczas kąpieli – słuchanie audiobooka. Wróciłem do łazienki, rozebrałem się i usadowiłem w wannie. Nie napuszczałem wody jak wszyscy, robiłem dokładnie odwrotnie, wchodziłem i dopiero napełniałem wannę. Lubiłem, jak woda powoli mnie zalewała, a swoim ciepłem coraz mocnej ogrzewała ciało. Wytarłem ręce, wziąłem książkę do ręki. Był to piąty tom ukazujący życie prywatne społeczeństwa w okresie od pierwszej wojny światowej do naszych czasów. Bardzo zacna pozycja, z której między innymi ze zdziwieniem dowiedziałem się, iż w 1951 roku na terenie Francji trzydzieści dziewięć procent kobiet myło się jedynie raz na miesiąc. Zaskakująca informacja. Pomyśleć, że częste mycie w Europie jest praktykowane zaledwie jakieś sześćdziesiąt lat. Zagłębiłem się w lekturze, z satysfakcją stwierdzając, iż wanna pod oknem, książka i ja, to fantastyczna kompozycja w środku lasu.
Po jakiś czterdziestu minutach zakończyłem kąpiel mądrzejszy o kilkanaście stron mojej lektury. Ogolony, pachnący i ożywiony przeniosłem się do kuchni. Szybka jajecznica z boczkiem i obowiązkowa herbata – pomyślałem – zupełnie nie wiem, jak można pić do śniadania coś zupełnie innego, jak na ten przykład Hiszpanie – kawę. Nie lubiłem też francuskich śniadań; kawa i rozpływające się w ustach maślane croissanty, po które Francuzi biegają rano w kapciach i szlafrokach do pobliskiej piekarenki – puste i słodkie śniadanie. Po takim jedzeniu odnoszę wrażenie, że mam powietrze w żołądku. Tak więc w kwestii porannych posiłków całkowicie byłem po stronie anglików. Mieszkając kiedyś w Anglii w hrabstwie Hertfordshire w posiadłości Bengeo Hall u znajomych, Roberta i Racheli Savory miałem okazje poznać dobrodziejstwo słynnych angielskich śniadań. Dzień w dzień szklana soku pomarańczowego, porridge – kasza szkocka zalana gorącą wodą z dodatkiem masła, jajka sadzone na bekonie w towarzystwie kiełbasek, do tego fasolka w sosie pomidorowym, osobno pieczone pomidorki cherry, tosty dżem i herbata, ale koniecznie z mlekiem. – To były śniadania – westchnąłem do siebie. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że śniadanie może odgrywać tak ważną, a niedocenianą w innych krajach rolę, kiedy możemy już na początku dnia dać ciału porządną zaliczkę, naszemu zaś umysłowi wskazać informację – dzisiaj nie padniesz z głodu – cóż więcej potrzeba?
Przepłukałem nowy czajnik, który zakupiłem wczoraj i wstawiłem wodę na gaz. Nasypałem herbaty do najprzyjemniejszego kubka, jaki odnalazłem w szafce, to kolejny dziwny zwyczaj. W Polsce nikt z filiżanek nie pija tylko w wiaderkach zwanych kubkami. Wprawdzie kawę podają słabowitą, ale czemu zaraz na litry?
W każdym razie przygotowałem coś na wzór skromnego angielskiego śniadania, skromnego, bo w pełnym wydaniu miało sens, kiedy zasiadały do niego przynajmniej dwie osoby, to takie logiczne minimum. Celebrowanie w samotności nie jest naturalne na dodatek okropnie niezauważalne. Zabawne jak wiele rzeczy lubiłem robić w towarzystwie czegoś lub kogoś, śniadanie z ludźmi, obiad też, kolacja intymna w towarzystwie dobrego filmu, kąpiel z książką, papieros z alkoholem – co za pokręcony dualizm – pomyślałem.
Po śniadaniu wsiadłem w samochód i pojechałem do Strzepcza do starego Kuchty. Niestety nie zastałem go. Żona poinformowała mnie, że jest u lekarza, w tutejszej przychodni. Pojechałem więc do przychodni. Nie było trudno Ośrodektrafić. Znajdowała się mniej więcej w środku wsi przy tej samej drodze, po stronie jeziora. Budynek był ogrodzony. Aby wjechać na teren ośrodka, trzeba było zjechać z asfaltu i z lewego boku wjechać bramą wjazdową. Sam podjazd był drobno kamienisty. Zatrzymałem samochód pod jedną z trzech jabłonek. Rosły jedna obok drugiej, między nimi przystrzyżona trawa i miejsce do zabaw dla dzieci. Wszedłem do starego budynku, na którym znajdowała się tabliczka z dużymi literami NFZ i zderzyłem się z wychodzącym Kuchtą.
– Dzień doby – uśmiechnąłem się.
– Dzień dobry – odpowiedział.
– Jakieś problemy ze zdrowiem? – Zapytałem.
– Nie. Wpadłem sprawdzić, jak lekarz się czuje – odparł zupełnie poważnie.
Uśmiechnąłem się. Starszy pan umiał wyśmiewać życie – pomyślałem.
– Widzę, że humor pana nie opuszcza, więc nie jest źle.
– A jak tam noc? – Zapytał, nie zwracając uwagi na mój komentarz. – Podobało się panu? – Dołożył kolejne pytanie.
– Jestem zadowolony, a co za tym idzie biorę tę chatę panie Kuchta – znowu się uśmiechnąłem.
– Dobra to trza jechać do notariusza.
– A no może będzie trzeba, ale za nim do tego dojdzie, musimy jeszcze porozmawiać – odparłem.
– Chce pan zbić cenę?
– Niezupełnie – uśmiechnąłem się. – Chodzi o coś innego.
– Coś z domem nie tak? – Zaniepokoił się, marszcząc czoło.
– Nie, nie zgadnie pan. Może podjedziemy do pana? – Zaproponowałem.
– Przejdźmy się – powiedział – to zbyt blisko, aby niepokoić samochód.
– Wyszliśmy z terenu ośrodka na chodnik i powoli ruszyliśmy w stronę domu Kuchty.
– Widzi pan – zacząłem – chodzi o to, że nie chcę kupować tego domu na siebie.
– Panie kochany, dla mnie nie ma to znaczenia, kto będzie na umowie – odparł – więc jeśli o to chodzi, to nie będzie problemu.
– Dobra, czyli załatwione. Pozostaje mi jedynie dodać, że chciałbym, aby to pan był nadal właścicielem.

Czytaj kolejny rozdział → MUSZĘ KOMUŚ ZAUFAĆ

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!