RSS
 

Szczęście istnieje tylko w naszej wyobraźni…

san vincenzo

Rozdział IX

Obudziłem się wcześnie rano, zerknąłem na zegarek, było piętnaście po ósmej. Patrzyłem przez chwile w sufit. Całą noc śniło mi się San Carlo, martwy Fischetti i ten widok ze wzgórza. Zerwałem się, nie lubiłem wylegiwać się w łóżku. Otworzyłem drzwi na oścież i wyszedłem na zewnątrz, przeciągnąłem, poranek pachniał wilgocią i był jeszcze przesiąknięty porannym przyjemnym chłodem. Wynurzające się jednak gdzieś zza domu słonce, zapowiadało kolejny upalny dzień. Spojrzałem na swoje wczorajsze dzieło. Surfinie wyglądały świeżo i zdrowo, widać nie zaszkodziła im podróż i zmiana miejsca, gorzej wyglądały kopce przygotowane pod skalniaki, ziemia podeschła i nabrała martwego popielatego koloru, tylko wystające gdzieniegdzie liście miały nadal brunatna głębię. Wróciłem do domu, wbiegłem po schodach na górę i wpadłem do łazienki, zrzuciłem ubranie, wskoczyłem do wanny, słuchawkę prysznica wsadziłem w uchwyt w ścianie i odkręciłem wodę. Poleciała najpierw zimna, po chwili dopiero złapała właściwą temperaturę. Zerknąłem przez okno na podwórze, dziwne uczucie brać prysznic przy oknie, człowiek czuje się prawdziwie nagi. Zakończyłem mycie zupełnie zimną wodą i już po chwili byłem na dole. Chwyciłem pomidora i kawałek chleba, wyszedłem znowu na powietrze. Ugryzłem, pomidor pękając, trysnął sokiem, odsunąłem ciało pochylając głowę do przodu. Uwielbiałem pomidory, we Włoszech nauczyłem się jeść je tonami, wprawdzie w Polsce nie smakowały tak wspaniale jak toskańskie, czy hiszpańskie, ale i tak mi to nie przeszkadzało. Siadłem na schodach, trzeba było jechać do sklepu po kabel antenowy, zając się Kościółniezapominajkami i ugotować pierwszy prawdziwy obiad. Ubrałem się i po chwili byłem w samochodzie. Tym razem minąłem znajomy sklep i pojechałem dalej. Po prawej stronie minąłem remizę strażacką następnie stary kościół. Po lewej naprzeciwko niego zauważyłem  kolejny sklep, nad wejściem wisiał szyld „Dorex”. Zatrzymałem się. Jak się okazało, był to sklep, który pełnił funkcje drogerii, papierniczego, artykułów AGD, kiosku RUCH–u i sklepu odzieżowego wraz z obuwniczym. Wszystko w jednym pomyślałem. Trzeba jednak przyznać, że był dobrze zaopatrzony i niedrogi. Kupiłem duży durszlak, był niezbędny do zaplanowanego obiadu, przy ladzie zapytałem, czy we wsi jest jakiś sklep przemysłowy. Ekspedientka, młoda nad wyraz wysoka kobieta, ku mojemu zadowoleniu przytaknęła i objaśniła jak do niego trafić. Mieścił się prawie na samym końcu wsi, trzeba było wjechać w polną wyboistą drogę. Zajmował cały parter dużego domu i również był dobrze zaopatrzony. Coraz bardziej zaczynało mi się tu podobać. Zakupiłem wszystko, co wydało mi się potrzebne w tym porządną siekierę.
Zrobiłem jeszcze zakupy niezbędne do ugotowania obiadu i już wracałem polną droga do siebie. Wyłączyłem klimatyzację i opuściłem szyby. Tym razem z głośników leciało Delerium. Ciepły wiatr wpadał do środka, czułem się prawie tak lekko, jak on, byłem samotny, ale wolny i niezależny. Zwolniłem, pogłośniłem muzykę, szeroko rozszerzając nozdrza, nabrałem dużo powietrza, przytrzymałem, by po chwili wypuścić, kiedyś czytałem książki, wtedy takie opisy wydawały mi się teatralne, wymyślone. Jak to się stało, że teraz niczym papierowy bohater, to ja oddycham pełna piersią i dopiero teraz rozumiem, o czym czytałem kiedyś. Maska samochodu rozchyliła ostatnie spadające łukiem zarośla i wjechałem pod dom. Zanim się zatrzymałem, zobaczyłem go. Siedział na schodach tarasu, podpierając głowę obiema rękami. Wysiadłem
– Choć pomożesz mi – zawołałem.
Wstał bez słowa, podszedł do samochodu.
– Weź, co się da z bagażnika.
Spojrzał do środka, wziął zwój białego kabla, jedną z siatek i ruszył powoli w stronę domu.
– Siatki do kuchni reszta na taras – krzyknąłem za nim, biorąc resztę zakupów.
Wszedłem do kuchni, stawiał siatkę na blacie.
– Masz trochę czasu? – zapytałem.
Wzruszył ramionami.
– Pomożesz mi zamontować antenę? Stawiam obiad w zamian.
Spojrzał na mnie.
– Obiad?
– Tak, dzisiaj po włosku – spaghetti. Lubisz spaghetti?
– Nie wiem.
– Nie jadłeś nigdy?
– Nie.
– No to koniecznie musisz spróbować. To co pomożesz?
– Może być – zgodził się bez zapału.
Montowanie anteny jak się okazało, nie należało do najłatwiejszych. Co chwila rodził się nowy problem, z którym trzeba było walczyć z braku sprzętu środkami zastępczymi. Jednak po godzinie staliśmy w salonie i patrzyliśmy w ekran, na którym pojawił się obraz. Był pokrzywiony, zaśnieżony i skaczący… ale był.
– Wejdę na to drzewo jeszcze raz i pokręcę anteną, a ty daj mi znak przez okno w kuchni czy jest lepiej – powiedziałem.
– Ja pójdę, niech pan sam zdecyduje czy dobry.
– Nie spadniesz ?
– Ja? Ja jestem najlepszy – odpowiedział z wyższością.
Chyba pierwszy raz zaprezentował jakieś swoje uczucia. Odwrócił się i wybiegł z domu.
Po dziesięciu minutach znowu razem patrzyliśmy na ekran, tym razem obraz był idealny.
– Dzięki świetnie się spisałeś. Teraz moja kolej. Zabieram się za obiad. Przyznam, że zgłodniałem. A ty ?
– Pić mi się chce – odparł, zwilżając wargi językiem.
– W lodówce jest sok pomarańczowy, weź sobie. Nalej mi też – dodałem.
W trakcie przygotowywania obiadu chłopak siedział przed telewizorem jednak po jakimś czasie, widać znudzony, przyszedł do kuchni.
– Siadaj, zobacz, jak to się robi, kiedyś sam tak będziesz pichcił. Popatrz, najpierw lejemy trochę oliwy z oliwek, potem czosnek. Podsmażasz, ale nie za długo, bo zgorzknieje, dodajesz pomidory pelati, do tego sos pomidorowy, trzeba często mieszać. Gdy się zacznie gotować, wrzucamy kiełbasę i mięso, trochę wina i trochę cukru.
– To dziewczyny są od gotowania, w domu mam gotuje.
– Nie prawda to stereotyp. Wiesz co to stereotyp?
– Nie?
– To jest, wtedy kiedy na przykład wszyscy myślą, że śmietana jest biała jak śnieg, a tak naprawdę każdy na wsi wie, że prawdziwa śmietana jest jaka?
– Żółta – odparł szybko.
– No, powiedzmy kremowa – uśmiechnąłem się.
– Wracając do gotowania, to zapamiętaj, że prawdziwy mężczyzna wojownik musi umieć gotować.
Odcedziłem makaron, przelałem delikatnie oliwą i wymieszałem na durszlaku.
Dobra, dawaj talerze, są tam – wskazałem na szafkę naprzeciw okna.
Nałożyłem dwie solidne porcje i zasiedliśmy przy stole.
Patrzyłem zerkając znad talerza jak je.
– Poczekaj – wstałem, podszedłem do lodówki, wziąłem śmietanę, nałożyłem na talerze po łyżce i skropiłem lekko sokiem z cytryny – teraz będzie lepsze. Wymieszaj.
– Dobre – powiedział po chwili.
Uśmiechnąłem się.
Jedliśmy dalej w milczeniu.
Po obiedzie wyszliśmy na zewnątrz. Chłopak usiadł na schodach i patrzył przed siebie. Był dziwny, intrygował mnie tą swoja obojętnością, jakimś swoim drugim światem, w którym tkwił mimo jednoczesnego siedzenia tutaj.
– O czym myślisz ?
– O tym, aby zarobić dużo pieniędzy
– I co będziesz z nimi robił ?
– Kupował – odparł zdecydowanie.
– Co?
– Kupiłbym sobie telefon, taki fajny i samochód sportowy.
– Myślisz, że pieniądze to szczęście?
– Pewnie, a co by pan zrobił bez pieniędzy?
– Mylisz się.
– To stereotyk?
– Stereotyp – poprawiłem. – Żył kiedyś pewien mędrzec, nazywał się Budda. Siedział sobie i myślał tak jak ty teraz. Też pragnął, denerwował się, martwił. Wreszcie doszedł do wniosku, że ludźmi żądzą emocje, takie jak zazdrość, miłość czy chciwość. Te emocje okłamują i powodują, że jesteśmy nieszczęśliwi albo pozornie szczęśliwi. Widzimy świat w zafałszowanych fragmentach. Nigdy prawdziwie i nigdy jako całość. W gniewie czy miłości robimy szereg głupstw, a kiedy emocje opadną wstydzimy się tego, co zrobiliśmy. Tak tez jest z pieniędzmi, ludzie rozbudzają w sobie chęć kupowania i posiadania i myślą, że to jest dobre.
– To znaczy, że bogaci się wstydzą?
– Nie – uśmiechnąłem się – być bogatym to nie wstyd, ale pędzić do bogactwa to zła droga. Szczęście można znaleźć wszędzie, nawet w zamontowaniu anteny.
– Mama mówi, abym się uczył, to kupię sobie co będę chciał.
– I ma rację, uczyć się trzeba, ale nie dla pieniędzy, bo inaczej nigdy nie dogonisz szczęścia i nigdy nie będziesz bogaty.
– Ale jak będę miał pełno pieniędzy, to będę bogaty.
– Nawet wtedy nie, kiedyś to zrozumiesz.
– Muszę już iść – powiedział po chwili.
– Jak masz na imię ? – Zapytałem.
– Szymon.

Ciężko wytłumaczyć dziecku coś, czego nawet dorośli nie pojmują, a co gorsze nawet jak rozumieją to i tak nie stosują – westchnąłem, wstałem i poszedłem do łazienki.
Pozostałą część dnia przeznaczyłem na dokończenie moich skalniaków. Jak zwykle naiwnie myślałem, że zajmie to góra godzinę, a zajęło czas do samego wieczora. Fakt faktem, że efekt mi się podobał. Stałem i patrzyłem. Niezapominajki ładnie się komponowały z surfiniami w tle. Odczuwałem satysfakcję, jakbym dokonał czegoś wielkiego. Na koniec podlałem wszystkie kwiaty i te fioletowe posadzone wczoraj, i te niebieskie dzisiaj. Zamiotłem drewniany taras i wystawiłem dwa stare wiklinowe fotele, jakie znalazłem na małym stryszku. Były popękanie i straciły już swój naturalny kolor, ale jak to mówią lepszy rydz niż nic. Na stoliku postawiłem popielniczkę, która od tej chwili miała tu pełnić stałą wartę. Teraz był czas na telewizję. Zasiadłem wygodnie i włączyłem. Przeskakiwałem kanały. Ponieważ pomijałem te, na których były reklamy, zatrzymałem się dopiero na dziesiątym, były to wiadomości. Popatrzyłem przez chwile i poleciałem dalej. Znowu reklamy, zatrzymałem się bodaj na piętnastym – telewizja mango, kup kolejny cudowny mikser – dalej – jakiś film, zatrzymałem się, próbując zorientować w akcji, po minucie włączyli blok reklamowy, jakaś rodzina namawiała do kupna ubezpieczenia pokrywającego koszty własnego pogrzebu, nie bądz udręką dla pozostawionych na tym padole bliskich. Poleciałem dalej – Comedy Central, komedie dla ludzi ze zwolnieniem lekarskim, kolejny, znowu reklama o polisie ubezpieczeniowej. Jak to możliwe, że ktoś w telewizji za moje pieniądze wmawia mi, że nie mogę nawet umrzeć bez stresu za darmo, muszę mieć pieniądze, jeśli nie, mam się czuć winny ciężaru, jaki zrzucam na rodzinę i społeczeństwo. Kapitalizm jest rewelacyjnym systemem, dano mu przyzwolenie na stosowanie najpotężniejszej broni pokojowego świata – manipulację. Z drugiej strony co myśleć o człowieku? Nie znam żadnego innego zwierzęcia, któremu by dało się w mówić i wprowadzić w życie taki idiotyzm. Przełączyłem kanał, znowu film, Colombo, stary serial kryminalny, widziałem już ten odcinek, kolejny kanał – MTV – kiedyś był moim kultowym, dzisiaj stał się pustym zupełnie nie wiadomo co przekazującym – nie wyobrażałem sobie, aby istniał odbiorca tego plastiku. Rzuciłem pilota na stolik, wstałem, poszedłem do kuchni, wyjąłem z lodówki wódkę, nalałem kieliszek i wypiłem. Wyszedłem na taras, usiadłem w fotelu, wiklina odezwała się swoim charakterystycznym dźwiękiem. Zapaliłem papierosa. Spojrzałem w ciemna masę lasu. Czy gdybym mógł zmienić swoje życie to, czy bym je zmienił ? Tak, zmieniłbym. Dziwię się ludziom, którzy mówią, że nie. Zawsze przecież wszystko można zrobić lepiej. Na dodatek ja zostałem oszukany i na nieszczęście udało mi się to odkryć.
Po śmierci wspólnika zostałem doradcą Valdemara. Mój plan się powiódł. Zadzwonił miesiąc później, rozmowa była krótka.
– Spotkajmy się w przyszłym tygodniu w Hertford to pod Londynem, znajdziesz czas ?
– Będę – odparłem krótko.
– Posiadłość Bengeo Hall na przedmieściach Hertford. Będę tam w piątek po południu – dodał.
– Jesteśmy umówieni – zakończyłem.

Bengeo - Valdemaro

Bengeo – Valdemaro

Hertford, pamiętam jak dzisiaj, przywitało mnie typowo po angielsku. Nie ma żadnej przesady w opowiadaniach, że jest tam szaro, jednak tylko tam szare kolory mają swój niepowtarzalny urok i klimat. Jajowate ronda, umożliwiające zawrócenie na trasie, twardy funt i Mc Mullen beer, to było pierwsze, co zapamiętałem.
Bengeo Hall okazało się dużą typową posiadłością angielską ze wszystkimi żwirowanymi alejami, podjazdami, żywopłotami, jeziorkiem z wyspą i wielkim domem w kształcie litery U. Jak się później dowiedziałem, dom był z roku 1780, a właścicielem był Robert Savory członek izby lordów. Fischetti przyjechał punktualnie i przywitał mnie otwartymi ramionami. Pierwszy dzień spędziliśmy na miejscu, pijąc z właścicielami obowiązkową herbatę o siedemnastej oraz odwiedzając w miasteczku pub Lord Haig gdzie podawano rewelacyjne Mc Mullen beer. Nigdy później nie piłem takiego piwa, pianę można było kroić jak masło.

Covent Garden

Covent Garden

Kolejne dni to rozmowy i ustalenia. Kilkakrotnie przy tym odwiedziliśmy Londyn, spotykając się na Coven Garden z Holenderskim dostawcą oraz przy Margaret’s st. z lokalnym przedstawicielem firmy Johnem Walesem. Mimo iż załatwialiśmy sprawy biznesowe, czułem się, jak bym był na weekendowym wypadzie. Raz piliśmy wino przy Trafalgar SQ za moment, ustalając taktykę przed kolejnym spotkaniem, piwo w „Lemon Tree”.

Bengeo Hall

Bengeo Hall

Podobało mi się. I nie miało dla mnie znaczenia, że wszelkie koszta ponosił Fischetti, czułem, że wsiadłem na rączego konia i trzymam go mocno za grzywę, tylko patrzeć jak sam zacznę płacić, czułem, że właśnie wchodzę do świata ludzi „bywających” Zgasiłem niedopałek w popielniczce. Wstałem i wszedłem do środka. Zerknąłem na telewizor, leciała jakaś kolejna reklama.

Uzupełniająca notatka do tekstu wraz ze zdjęciami – KLIKNIJ

Czytaj kolejny rozdział → OKOLICE I TAJEMNICE

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!