RSS
 

Tajemniczy nieznajomy…

Rozdział VI

Kiedy przyjechałem do domu była godzina czternasta. Tym razem podjechałem samochodem jak najbliżej schodów. Wypakowałem wszystkie zakupy na taras, co ułożyło się w pokaźną kupkę. Przebrałem się w stare jeansy oraz nie pierwszej świeżości polo i przystąpiłem do generalnych porządków. Najpierw do plastikowych worków pakowałem wszystko, co stare i nieprzydatne, zdezelowane, nadtłuczone i przeterminowane. Do śmieci leciały stare szmaty, resztki jakichś płynów, spękane ogryzki mydła, zleżałe ponapoczynane mąki, kasze, szczoteczki do zębów i inne śmieci. Po pół godziny miałem zapełnionych siedem studwudziestolitrowych worów. Wszystkie stały na tarasie ustawione równo w jednym rzędzie. Były porzuconym bagażem moich poprzedników. Pozostało jeszcze z domu usunąć ich ducha pustki. W związku z powyższym przystąpiłem do przerwanego wczoraj zmywania i szorowania. Czynność, oceniając z punktu widzenia codziennej pracy, mało atrakcyjna, ale jako pierwsza w nowym domu nie tak uciążliwa jakby mogło się wydawać. W trakcie jej wykonywania dostrzegałem to, co w trakcie pobieżnego oglądania zawsze jakimś dziwnym trafem jest dla nas niezauważalne, a to naderwana półka, a to zawias, gdzie indziej pęknięcie, zadrapane, coś tam nie dokręcone, coś wyrobione bądź urwane. Znowu jak poprzednim razem nie spostrzegłem, jak upłynęły cztery godziny. Jednak tym razem, kiedy zrobiłem przerwę i omiotłem wzrokiem cały parter, wyglądało, że pokonałem przeciwnika w całości. W domu przejaśniało, ożywiło się, a w powietrzu unosił się zapach chemii, jakiej użyłem do walki z zasiedziałym okupantem – kurzem, brudem, starymi plamami i straszliwym nagarem na szybie kominka. Wyszedłem na taras, usiadłem na schodach. Chyba jakoś tak jest, że kiedy schody są usytuowane na wprost drzwi, w centralnym miejscu, to człowiek odruchowo znajduje tam miejsce, z którego jak majtek w bocianim gnieździe może spokojnie ogarnąć wzrokiem swój pokład. Spaliłem papierosa, patrząc i zastanawiając się, co ja tu będę robił, czy nuda towarzysząca zesłaniu, na jakie sam zapracowałem i na jakie sam siebie skazałem, nie wgniecie mnie pomiędzy te zbutwiałe liście korę i mech. – Muszę zorganizować sobie szybko jakieś rozrywki, telewizję, radio, cokolwiek – pomyślałem. Wstałem i wróciłem do domu. Zgodnie z harmonogramem pozostały mi do umycia okna. Wprawdzie czułem już znużenie, ale cóż innego miałem do roboty.
Cztery okna to było wyzwanie. Mycie ich to czynność chyba porównywalna z prasowaniem, którego nie cierpiałem. Brud rozmazywał się, a woda w misce wymagała ciągłej wymiany. Już po dwu oknach miałem dosyć, przerwy na papierosa były coraz częstsze, a w plecach czułem mrowienie, jednak nie odpuściłem. Zużyłem dziesiątki kartek z gazet na wycieranie smug, ręce pomarszczyły się od wody, ale dobrnąłem do końca i o dziwo zadowolenie. Nie lubiłem fizycznej pracy, a jednak dzisiaj dała mi satysfakcję.
Byłem głodny. Otworzyłem konserwę rybną, jaką jeszcze wczoraj znalazłem w bagażniku. Wyjąłem zawartość do miseczki i widelcem rozgniotłem na masę, do której dołożyłem drobno posiekanej cebuli. Posmarowałem trzy kromki chleba i wstawiłem wodę na herbatę. – Powinienem uczynić to w odwrotnej kolejności, teraz będę patrzył na kanapki i czekał, aż się woda zagotuje – skrytykowałem w myślach sam siebie. Postanowiłem obejść znowu po gospodarsku dom. Zerknąć do komórki, z której brałem butle gazową, zajrzeć pod schody tarasu, pod którym znajdowało się równo ułożone drzewo opałowe, byłem ciekaw czy jest zdrowe. Wyszedłem na zewnątrz. Słońce jak zwykle próbowało przedostać się wszystkimi sposobami przez korony drzew i krzewów, później niżej, przez krzaki malin, jeżyn, dochodząc wreszcie do ziemi poprzez gęstwiny jagodzin. Na otwartych przestrzeniach słońce było bezwzględnym dyktatorem, tworzyło gorące pierzyny ciężkiego powietrza, tu było inaczej. Zapach nagrzanych liści i igliwia w połączeniu z delikatnym przeciągiem dawał poczucie lekkości i świeżości Minąłem dwa drzewa, które stały po lewej stronie domu. Na jednym zauważyłem w korze wyżłobione serce przebite strzałą w środku napis „Ania”. Czyjeś życie, czyjeś radości albo smutki wypełniały kiedyś to miejsce. Teraz został martwy dowód, sucha blizna, i, pomimo że szedłem dalej i już wchodziły do umysłu nowe informacje, gdzieś we mgle myśli widziałem tę dziewczynę, gdzieś obok tego, który scyzorykiem dawał dowód uczuć, nie wiadomo czy szczery, czy pod wpływem chwilowego uniesienia, a może przemyślany i dojrzały, a jedynie ukryty pod dziecięcym symbolem. Po chwili już ich nie było, umysł pochłonęła przyziemność, zacząłem szarpać się z kłódką przy drzwiach komórki. – Muszę cholerę naoliwić, a najlepiej zmienić – zakląłem pod nosem. Poruszałem kluczem, wysuwając ułamki milimetrów i wsuwając, próbując znaleźć ten punkt, w którym wszystkie ząbki i zapadki trafią na swoje miejsce. Wreszcie udało się, otworzyłem drzwi, a kłódkę wraz z kluczem ponownie powiesiłem na skoblu. Wewnątrz panował półmrok, przez szczeliny desek wchodziło niewiele światła. Stały tu różne narzędzia łopaty, grabie nawet kilof. Na ścianach wisiały klucze monterskie, piły do drzewa i metalu. W rogu stała stara kuchenka gzowa. – pewnie nikomu nie chciało się tego wywieźć – pomyślałem. Na prowizorycznie zrobionych półkach było dużo drobiazgów, pędzle, puszki z resztkami niewykorzystanych farb czy impregnatów, jakieś gumy, podkładki, gwoździe i cały ten męski szmelc. Nie byłem domową złotą rączką i nic mnie do tego nie ciągnęło, jednak nie miałem też dwu lewych rąk. – Niema co się oszukiwać teraz będę miał częściej młotek w ręku niż cokolwiek innego – przebiegło mi przez głowę. Przeglądałem powoli zawartość, co jakiś czas biorąc to i owo do ręki potem odkładając na miejsce, robiąc przy tym trochę hałasu. Trzeba tu zrobić porządek – westchnąłem. Tymczasem wziąłem kartonik z gwoździami młotek i dwa różnej wielkości śrubokręty, przyda się w domu do naprawy drobnych usterek, jakie ujawniłem podczas sprzątania. Wychodząc, automatycznie odnotowałem sporą brunatną plamę na wewnętrznej futrynie drzwi – znałem takie plamy – chyba ktoś się tu kiedyś zdrowo wyrżnął – pomyślałem. Wyszedłem z komórki, schylając głowę, przymknąłem drzwi, nie zamykając na kłódkę. Usłyszałem przytłumiony dochodzący z kuchni gwizd. Woda zgłaszała swoją gotowość do współpracy przy zaparzania herbaty. Wróciłem, porzucając narzędzia na tarasie. Przepłukałem ręce i zalałem przygotowany kubek. Posłodziłem, zamieszałem – teraz niech chwilę postoi i ostygnie, tylko nie za bardzo – lubiłem bardzo gorącą herbatę i piłbym pewnie wrzątek, jednak z przyczyn obiektywnych, musiałem wyczekać i trafić na ten krótkotrwały stan na pograniczu możliwości dotyku, kiedy go przegapiłem, herbata traciła cały swój sens i rzadko ją wypijałem. Mrożona herbata była dla mnie zupełnym amerykańskim, kapitalistycznym nieporozumieniem Blichindena*, na co przewrotnie dowodem była TA sprzedawana masowo w sklepach. Gdyby nie szereg dodatków smakowych i w zasadzie całkowity brak herbaty w tej herbacie – nikt by tego nie kupował. Włączyłem laptopa, patrzyłem, jak powoli ładuje się Windows. System na chwilę zatrzymał się, program rozpoznawania twarzy zadziałał i po chwili ukazał się pulpit. Włączyłem Google. Wpisałem w wyszukiwarkę „forum” po chwili wyrzuciło kilka stron. Nie ubiłem wchodzić na pierwsze trzy, trochę z przekory, a trochę z przekonania, że są wywindowane przez kasę, a nie jakość. Padło na piątą z kolei. Nazwa swojska ”Forumowisko”. Zarejestrowałem się – czyli wykonałem czynność, która zazwyczaj odstrasza mnie od wszelkich stron, te wszystkie hasła, captachy… tak wiem, że są potrzebne, ale dzięki komu? Dzięki ludziom. Nie dzięki nierozumnej świni, czy małpie, tylko tym którzy niby używają mózgu nad wyraz sprawnie spośród zwierząt. W każdym razie przemogłem się, na tej głuszy trzeba z kimś rozmawiać, jak nie, to zacznę gadać sam z sobą – pomyślałem.
Wszedłem w zakładkę świat i kliknąłem pierwszy temat „Patriotyzm” Wziąłem pierwszą kanapkę do ręki i zacząłem czytać. Wszystkie wypowiedzi były jakieś słodkie, natchnione czymś wydumanym jak bańka, jak jakieś romantyczne chmurki na niebie. Wszyscy widzieli patriotyzm jak jakąś świętość.
Odłożyłem kanapkę i napisałem;

– Dzisiaj patriotyzm to przebrzmiała melodia. Jest rozumiany zupełnie inaczej i stracił na wartości ze względu na rozwój cywilizacji i świadomości. Dla mnie patriotyzm rozszerzył swoje granice i nie zamyka się w pojęciu „honor i ojczyzna” ma rozmiary bardziej globalne.

Odpisał niejaki Wilk

– Jak nie patriotyzm, to co? Patriotyzm jest zaliczany do uczuć wyższego, ponadzwierzęcego rzędu – do uczuć ludzkich. Zaniechać tego i tylko korzyści doraźnych szukać?

Odpisałem:

– Patriotyzm w innej postaci i zupełnie kierowany w inną stronę – globalny, ziemski, bez granic – dbajmy o tą glebę, co by inni wróbli w zoo nie musieli oglądać.

Odpisał:

– To jakieś nieznane mi określenie Ojczyzny. Nie lubię ludożerców na przykład i o nich ani myślę dbać.

Więc ja:

– Ja nie lubię sąsiada moich rodziców ale to nie znaczy, że mam zamykać oczy i odwracać głowę jeśli robi coś nie tak – to chyba dojrzalsze.

On:

– Podałeś nowe dla mnie znaczenie słowa Ojczyzna, bez ustalenia [–Patria=ziemia ojców (ojcowizna)] O patriotyźmie można gadać, ględzić nawet dyskutować, wcale nie wiedząc czy dyskutanci o tym samym piszą. Glob jest czym innym dla materialistów, a czym innym dla wierzących w siły nadprzyrodzone.
Przyjmuję uwagę, że jestem trudnozrozumiały. Za to ja Ciebie całkiem dobrze rozumiem.

Więc mu odpisałem:

– Urodziłem się w Polsce, jednak mieszkałem we Francji Holandii, Grecji spędziłem wiele czasu w Hiszpanii, Turcji, Anglii, Meksyku, Włoszech i innych krajach. Obecne kilka miesięcy w roku spędzam w Polsce. Moje JA nie zamyka się ni w kościele, ni w Polsce – moją ojczyzną jest ten glob i trochę mnie te lokalne patriotyzmy niepokoją, często działają jak religie – jak zapalnik.
Stwierdzenia typu „ziemia ojców” śmieszy mnie, bo to trąca Kargulem i Pawlakiem. A ojcowizna wieki wcześniej była ojcowizną kogoś innego. Kto w dzisiejszej Europie widzi patriotyzm tak jak Polak ?

Odpisał już złośliwie:

Przytoczone wypowiedzi albo–albo dotyczą patriotyzmu;
Niektóre twoje wypowiedzi świadczą o braku rozumienia słowa patriotyzm i dowodzą jakiegoś dziwacznego pojmowania słowa ojczyzna. Szkoda czasu na czytanie twoich wywodów o własnej mądrości i doświadczeniu.

Kłódka się zacinała.

Kłódka się zacinała.

Nie odpisałem, jadłem kanapki i popijałem herbatą;
Oscar Wilde powiedział; patriotyzm jest cechą ludzi ziejących nienawiścią. Co takim ludziom można wytłumaczyć, raczej nie wiele, patrzą przez pryzmat Polaka męczennika, wiecznie pod zaborami, wiecznie przegrany, ale bohater. To takie lokalne poczucie patriotyzmu graniczące z nacjonalizmem. Można powiedzieć, że patriotyzm to taka jego pasywna forma. W orwellowskim świecie agresywny nacjonalizm jest patriotyzmem władzy zaś defensywna jego forma – patriotyzm ludu, czyli miłość do miejsca – formą wykorzystywaną przez rządzących całkowicie do swoich celów. A co powiedzieć o patriotyzmie widzianym przez szkła Machiavellego? Oceniając patriotyzm od strony etyki czy moralności widać, że jest on egoistyczny, stronniczy, brak mu obiektywnego spojrzenia, brak obiektywizmu ocen i osądów, które zawsze będą po stronie wybranego narodu, brak w nim poczucia wspólnej ludzkiej solidarności i uczciwości. Jedno jest pewne, nie można zawężać jego pojęcia do polskiego; miłość, honor i ojczyzna – to dzisiaj już nie wystarcza, a właściwie do niczego się już nie przydaje. Skończyłem ostatnią kanapkę i wstałem od stołu. Wstawiłem talerzyk do zlewu. Wyszedłem na dwór z kubkiem w ręku. Stanąłem na tarasie, wziąłem łyk i przeszedłem na jego koniec gdzie stał stary kwadratowy stolik wyglądał jak spadek po komunistycznej klubowo pegieerowskiej Polsce. Oparłem się o niego, prawie siadając i znowu wziąłem łyk herbaty, postawiłem kubek, wyjąłem papierosy. Kółko otarło kamień, zaiskrzyło i strzelił płomień, zaciągnąłem się i zamyśliłem. W posiadaniu domu w lesie była ta nieodnajdywana nigdzie możliwość znalezienia się w ułamku sekundy poza wszystkim, u źródła bytu, gdzieś pomiędzy jaskinią a betonem i szkłem i wcale nie trzeba było wychodzić z domu, już sam fakt takiej możliwości, dawał iluzję wolności, już sama myśl, że w każdej sekundzie mogę znaleźć się w przestrzeni niczym nie ograniczonej, przynosiła umysłowi przestrzeń myśli. Do tej pory żyłem w centrach wielkich miast lub na ich obrzeżach i nie zdawałem sobie sprawy, że takie uczucie w ogóle istnieje. Zabawne, jak wiele doznań może nas ominąć bez świadomości, że istnieją. Spaliłem papierosa i wypiłem do końca herbatę, zszedłem do samochodu, zabrałem dokumenty, przycisnąłem guzik w pilocie, dało się słyszeć piknięcie. Poszedłem w stronę komórki, zbliżał się wieczór, nie chciałem zostawiać otwartej. Kiedy po wyjęciu klucza zatrzasnąłem kłódkę, poczułem na sobie czyjś wzrok. Nie przypadkowo upuściłem klucze, podnosząc, zerknąłem w stronę lasu. Między plamami zieleni i plątaniną brunatno czarnych gałęzi dostrzegłem jakąś postać, właściwie jej niewielkie fragmenty, w tym oczy. Postać ani drgnęła, stała jak jakiś manekin. Czyżby? – Pomyślałem. – Nie, to nie możliwe, to jakiś przypadek. Zupełnie rozluźniony spokojny wszedłem po schodach na taras i wolno do wnętrza chaty. Sięgnąłem niezauważalnie po o nóż, jaki wczoraj schowałem w futrynie i wszedłem do kuchni. Teraz już szybko otworzyłem okno i pokonując zlew, wyskoczyłem. Dawno nie skakałem, wysokość była spora, zważywszy, że to właśnie w tym miejscu dom stał wsparty na palach. Natychmiast po zetknięciu z ziemią wypuściłem powietrze, wylądowałem dokładnie w miejscu, gdzie wczoraj wieczorem smakowałem whisky. Aż przysiadłem, tłumiąc jęknięcie. Na szczęście skarpa była natury piaskowej więc zamortyzowała uderzenie. Poderwałem się i nisko schylony okrążyłem tę część lasu i wszedłem do niego dopiero w miejscu, w którym uznałem, że będzie na wysokości lewego boku wścibskiego nieproszonego gościa.
Skradałem się powoli, stąpając tak, aby szelest kroków nie wyróżniał się spoza naturalnych dzięków lasu. Miałem nadzieję dojrzeć pośród liści ciekawskiego intruza. Niestety z każdym krokiem dochodziło do mnie, że gdzieś się rozpłynął. Albo zorientował się, że został zauważony, albo po prostu sobie poszedł. Zatrzymałem się w miejscu, w którym prawdopodobnie stał, wyprostowałem i spojrzałem w stronę domu. Pomiędzy gałęziami widać było doskonale całe podwórko. Rozejrzałem się ponownie po krzakach, niczego podejrzanego nie widząc i nie słysząc, ruszyłem już na przełaj w drogę powrotną. Trochę byłem zły, że już jakieś miejscowe ciekawskie oczy mnie podglądały, z drugiej stronę czego mogłem się spodziewać? W takiej wiosce wszystko jest atrakcją, a już na pewno samotny nieznajomy mężczyzna, który zjawia się nie wiadomo skąd i natychmiast zaszywa się w lesie z butelką w ręku.

1. Richard Blichenden – domniemany wynalazca mrożonej herbaty. 

Czytaj kolejny rozdział → ZAPUSZCZANIE KORZENI

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!