RSS
 

Twarz błazna…

lampyRozdział XXII

Przez kolejny tydzień nikt do mnie nie zaglądał. Nawet Szymon się nie pojawił. Podejrzewałem, że zwyczajnie jest zazdrosny o Martę. W środę, w wiejskim sklepie zakupiłem czternaście wiszących lamp naftowych. Były proste, made in china, ale solidne, z wyjątkiem kloszy całe metalowe. Kilka z nich posiadało okrągłe lusterka do rozpraszania światła. W Internecie znalazłem jakąś hurtownię i zamówiłem pięćdziesięciolitrowy baniak nafty. Lampy rozmieściłem na tarasie i w domu – w każdym z pomieszczeń minimum po dwie, najwięcej na dole, bo aż pięć. Zamówiłem też dwie duże lampy stolikowe z ciężkimi mosiężnymi nogami i wielkimi porcelanowymi pojemnikami. Oprócz tradycyjnego szklanego przezroczystego kominka miały zakładane od góry duże, mleczne, kuliste w kształcie klosze z grubego szkła. Ustawiłem je w salonie. Teraz byłem dobrze zabezpieczony na wypadek braku prądu. Również w środę zacząłem sadzić młode sosny dookoła mojego płotu. Wykopywałem młode drzewka w lesie i sadziłem zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. Nie gardziłem też napotkanymi młodymi leszczynami i młodymi świerkami. Jeśli moja wyspa nie mogła być na wodzie, to niech ma, choć leśną zaporę. Codziennie w Internecie studiowałem strony z dziko rosnącymi roślinami jadalnymi, zaczynałem powoli je odróżniać i odnajdywać na pobliskich łąkach, polankach, przy strumieniach bądź w pobliżu jeziora. Z niektórych robiłem przyprawy. Najbardziej zasmakowałem w suszonych i mielonych liściach krwawnika, teraz dodawałem je do wielu potraw. Jego aromat był intensywny i wyraźny, pachniał słonecznym latem. Polubiłem też zupę z pokrzyw i placki z jasnoty. Do miasta nie jeździłem już w ogóle. Coraz rzadziej zaglądałem też do wsi. Czytałemlampy1 książki, a im więcej czytałem, tym miej potrzebni byli mi ludzie. Wydawali mi się coraz prostsi i zamknięci; w kręgu polityki, pieniądza miłości i Boga. Zaczynałem postrzegać rodzaj ludzki jako siłę niszczącą, bez żadnej nadrzędnej drogi, żadnego nadrzędnego celu. Tworzący teorię posługującą się anonimowym, wbrew pozorom bezosobowym, nieistniejącym MY. My potrzebujemy, ludzkość nie ma innej drogi, nasz społeczny obowiązek – co za bzdura. Zaczynało mi być nie po drodze, z tą stojącą na fundamencie niszczenia indywidualnych potrzeb cywilizacją. Nie widziałem potrzeby zamieniania wewnętrznych pragnień na wirtualne MY. Ta dziwna socjalizacja, od najmłodszych lat, mająca za zadanie przepoczwarzyć mnie w organizm, który powinien egzystować tylko w tym systemie… To uzależnianie od obowiązującego układu kontroli społecznej, to całe tworzenie w człowieku zbioru reakcji przewidywalnych, mających na celu stworzenie jednostki tak silnie utożsamiającej się z układem, że nieumiejącej sobie nawet wyobrazić, że może istnieć niezależnie, że może zmienić którąś z ustanowionych zasad. Nie chciałem już, aby zmuszano mnie do pracy w imię – nie moich celów. Nie chciałem już tkwić w tym bagnie, chciałem myślami wyjść poza jego obręb, chciałem budować swoje myśli poza jego granicami.

W kolejną sobotę pojechałem do Kuchty. Chciałem z nim porozmawiać i dowiedzieć się czegoś więcej o domu, który jak zaczynało do mnie dochodzić, miał niecodzienną przeszłość. Wjechałem na podwórko. Wysiadłem i zastukałem do drzwi. Otworzyła starsza kobieta, domyśliłem się, że to jego żona. Kuchta siedział w kuchni przy stole, na którym stała patelnia. Wymiatał z niej kawałkiem chleba resztki cebuli i tłuszczu, jaki pozostał po smażonym boczku.
– Dzień dobry – powiedziałem, wchodząc.
Spojrzał znad okularów.
– Dobry – odpowiedział.
– Chciałem porozmawiać.
– Siadajcie. Stało się co?
– Nie. Tylko zastanawiam się, czemu nie powiedział mi pan całej prawdy o domu.
– Zakurzycie? – Zapytał, przełykając ostatni kęs, sięgając jednocześnie po tytoń.
– Nie, jeszcze nie czas.
– Kurzycie na czas?
– Palę tylko wieczorami.
– To o co się rozchodzi z tym domem? – Zapytał, skręcając papierosa.
– Słyszałem jakieś dziwne historie o poprzednich lokatorach.
– Głupoty pewnie jakoweś.
– Nie wiem. Niech pan mi powie. Kto tam mieszkał?
– Nic się tam nie wydarzyło, ludzie gadają co im do łba strzeli. – Włożył papierosa do ust, podpalił i zaciągnął się. Po sekundzie wypuścił dużą chmurę biało siwego dymu.
– Czyli?
– Mieszkała tam rodzina. Rodzina z dzieckiem – urwał, by się znowu zaciągnąć.
– No, i się wyprowadzili – dokończył.
– Jak to wyprowadzili?
– Normalnie. Oni panie to mieli kłopot z tym dzieckiem.
– To znaczy?
– Coś z nim było nie tak, wisz pan taki smirgnięty był trochę, ale nie tak normalnie, nie powiem, inteligentny był, tyle, że nie wiele mówił, a jak już co powiedział to takie mądrości, że nie było jak zrozumieć.
– Więc co było nienormalnego?
– A to normalne, aby dzieciak gadał jak, jaki profesór?
– Może dziwne, ale jeszcze nie powód do zmartwień.
– Wszystko zaczęło się, jak walnął ojca.
– Jak walnął?
– Normalnie. Tak mu przywalił, że chłop z rozbitym łbem w szpitalu wylądował. Potem w szkole kogoś pobił, wybił mu zęby i złamał palce. Ludzie go pogonili, jakby go dorwali, to by cało nie wyszedł. No i wtedy już te one nie mieli tu życia. – znowu się zaciągnął – A oni wisz ty ateisty czy jak to tam… Nie mieli tu życia – powtórzył i pokiwał głową – Musieli się wynieść. Jak znikli, wisz, tak po cichu, ludzie zaczęli gadać, że dzieciak ich pozabijał.
– Ale podobno on zaginął i policja go szukała?
– E tam – skrzywił się – ludzie wszystko kręcą, to było wcześni. Poszedł do lasu, zabłądził i tułał ze dwa dnia. Ot tyle.
– A skąd oni się tu wzięli?
– On był jakimś szpecem i pracował tu niedaleko koło gminy w tej wielkiej żwirowni, wisz, te kamieniołomy. Ona była nauczycielka, to uczyła tu w szkole. Zaczęli budować dom zaraz za wsią ten, co to tam jeno fundamenty stoją. Ty widziałeś? Jak na Tłuczewo jechać.
Pokręciłem głową.
– Nie widziałem – powiedziałem powoli.
O, no i tyle – zakończył nieskładnie.
Patrzyłem przez chwilę na niego.
– Dobra, nic tu po mnie, będę jechał.
– A no widzisz chłopie niepotrzebnieś je tu jechoł.
– Dlaczego gospodarzu? – Uśmiechnąłem się – Teraz przynajmniej wiem, jak było. Podniosłem się z krzesła, wyciągnąłem rękę – Do widzenia.
Od kuchty od razu pojechałem do domu. Przejechałem przez gąszcze i zaparkowałem samochód pod domem. Wysiadłem i od razu wpadłem do kuchni, byłem głodny i to na tyle, że nie było mowy o gotowaniu – musiałem zjeść coś od razu. Ukroiłem kawał chleba, posmarowałem grubo masłem, ze słoja na oknie wyjąłem sporego ogórka małosolnego i wyszedłem na zewnątrz. Zerwałem pomidora, wróciłem na taras i usiadłem na schodach. Ugryzłem chleb, potem pomidora, trysnął na koszulę, odchyliłem się odruchowo, ugryzłem ogórka i zacząłem mielić niczym krowa na łące.
– Co się skradasz? – Zapytałem, słysząc szelest.
– Nie skradam.
Spojrzałem na niego.
– Długo cię nie było.
Wzruszył ramionami.
– Co najmniej tydzień – dodałem. – Jesteś godny?
– Nie – pokręcił głową.
– Jak chcesz, zerwij sobie pomidora.
– Nie. – Odpowiedział i usiadł obok.
– Ludzie mnie wkurzają.
– Ciebie też – zaśmiałem się. – Co się stało.
– A nic. Ja im jeszcze pokarzę. Wyjadę stąd i wrócę z kupą pieniędzy. Wtedy zobaczą.
– Jak cię to wszystko wciągnie, możesz już nie chcieć wracać. Wszystko wyda ci się śmieszne i nie ważne, a dzieciństwo będziesz wspominał z nostalgią.
– Czyli?
– No, będziesz mile wspominał.
– Muszę się uczyć, dużo uczyć.
– Mądrze gadasz – znowu mnie rozbawił.
– Znajdę dobrą pracę.
– Masz, widzę plany na wiele lat.
– Byłeś za granicą prawda?
– Byłem.
– Jak tam jest?
– Jak tutaj tylko szybciej.
– A kolory?
– Tak, masz rację, jest bardziej kolorowo. Wiesz neony, światła, wystawy.
– Czyli lepiej?
– Nie, to nie jest tak. Musisz się nauczyć, że nie wszystko złoto co się świeci.
– Pomożesz mi?
– Ja? – zdziwiłem się. – A jak niby?
– Naucz mnie.
– Czego?
– Wszystkiego, co potrzeba.
– Wiesz, mogę czegoś cię nauczyć, ale zupełnie nie wiem, co będzie ci potrzebne do tej twojej drogi. Kim chcesz właściwie być.
– Chcę mieć pieniądze.
– Dobrze, to już wiem, ale jak chcesz je zarabiać? Co robić? Sprzedawać, budować a może zostać znanym aktorem.
– Wszystko jedno.
– No nie tak do końca, nie każdy z nas ma takie same predyspozycje. Trzeba coś lubić, mieć do czegoś zacięcie, jakieś hobby. Masz coś takiego?
– Nie.
– To zacznij od tego, wtedy powiem ci, co dalej.
– Lubię rzucać nożami.
– No z tego mój drogi nie wyżyjesz.
– Mógłbym być płatnym zabójcą.
– Za dużo filmów oglądasz mały. Lepiej przynieś z kuchni kwaśne mleko. Dzbanek stoi na stole.
– Chłopak podniósł się.
KwaśneTylko zamieszaj jakąś łyżką, tam jest drewniana! – Krzyknąłem, kiedy był już w środku.
Dziwne. Człowiek nigdy nie wie kim się stanie. Marzy, myśli wyobraża sobie tak wiele, a wszystko po to, aby się wyrwać, tylko nie wie, że to nie możliwe. I im bardziej chce, im więcej robi, tym bardziej się zagłębia. Staje się kimś, o kim nie ma pojęcia. A pomyśleć, że wystarczyłoby stać w miejscu.
– Proszę – Szymon podsunął mi pod nos kamienny garniec.
Syciłem się, chwilę łykając raz za razem chłodne mleko. Kiedy zaspokoiłem pierwsze pragnienie, podałem mu dzbanek.
– Pij – powiedziałem, wycierając rękawem usta.
Chłopak bez protestu przechylił garnek i też wziął kilka długich łyków.
– Wczoraj widziałem film. Policjant załatwił wszystkich.
– O widzisz, a może policjantem zostaniesz?
– Fajnie, ale oni nie mają pieniędzy. A ty strzelałeś kiedyś?
– Kiedyś, tak.
– Byłeś policjantem?
– Nie, na strzelnicy.
– Fajnie.
– Też kiedyś mi się tak wydawało.
– A teraz?
– A teraz mój drogi idę nad jezioro wykapać się. Idziesz?
– Nie, raczej nie. Zostanę.
– Jak chcesz.
Wstałem i poszedłem po ręcznik.
– Tylko nie brój, chciałbym wszystko zastać, tak jak zostawiłem – powiedziałem na odchodne.
Nie odpowiedział. Czułem, że patrzy, jak znikam za domem.
Słońce kładło złotobrązową poświatę na srebrną taflę wody. Była ciepła. Płynąłem wzdłuż brzegu, omijając szuwary małymi łukami. Po piętnastu minutach poczułem zmęczenie. Kiedy zauważyłem niezarośnięte miejsce i jakąś nieznaną mi jeszcze malutką plażę skierowałem się w tamta stronę. Po chwili byłem na brzegu. Położyłem się na plecach i zamknąłem oczy. Widziałem siebie na strzelnicy. Po wydarzeniach w hotelu, w Turcji, częściej odwiedzałem tego typu miejsca.
Valdemaro do mnie zadzwonił, kiedy byłem już w Szwajcarii.
– Słuchaj nie wiesz co się dzieje z Abrozjo?
– Nie mam pojęcia. A co się stało?
– Nie kontaktował się z tobą.
– Gdzie?
– No w Turcji. A gdzie ty teraz jesteś?
– W Szwajcarii. Turcja mnie znudziła.
– Kończ ten urlop, coś się dzieje.
– Co masz na myśli.
– Wracaj, pogadamy na miejscu.
Otworzyłem oczy. Patrzyłem w niebo. Wtedy w Szwajcarii pierwszy raz poczułem, że zbliża się koniec. Widziałem już twarz błazna…

Czytaj kolejny rozdział → Kainowe piętno…

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!