RSS
 

Wieczory jak to wieczory…

Rozdział VIII

Nie dobrze się stało, że przyplątał się tu ten mały – pomyślałem. Czułem, że wyjdzie coś z tego niedobrego.
Wstałem i zacząłem przymierzać się do skalniaków, o których wspomniałem chłopakowi. Najpierw postanowiłem usypać kopce. O kamienie będę się martwił później. Niezapominajki przeniosłem na taras i poszedłem po łopatę. Nie miałem żadnej taczki ani wiadra. Pod tarasem znalazłem trzy worki jutowe, postanowiłem je wykorzystać w zastępstwie. Przez kolejne dwie godziny kopałem. Czarną przemieszaną z butwiejącymi liśćmi ziemię, wsypywałem do worków i z mozołem jeden po drugim przenosiłem z lasu pod dom, usypując dwie piramidki. Po każdych kilku workach uklepywałem i znowu donosiłem ziemi. Czyniłem tak aż do momentu, w którym uznałem, że wysokość jest dobra. Ubiłem ostatni raz, porządnie waląc od góry łopatą spłaszczając ich stożki. Obie sięgały mi do pasa. Pot spływał stróżkami po czole, słońce, mimo iż kryło się już za horyzontem, nie dawało wytchnienia. Znowu skorzystałem ze studni, wypiłem duszkiem cały kubek wody, przetarłem czoło i tak jak stałem w podkoszulce, z brudnymi rękami wsiadłem do samochodu i pojechałem po kilka kamieni, jakie przyuważyłem przy zjezdzie do lasu. Po drodze okazało się, czego nie zauważyłem wcześniej, że jest ich całe mnóstwo. Co chwila zatrzymywałem samochód i wkładałem zdobycz do bagażnika. Niektóre były ciężkie i wysuwały się z rąk, wielu nie dałem rady podnieść na taką wysokość, aby wrzucić do samochodu, ale i tak nazbierałem ich sporo, były nawet na tylnym siedzeniu i pomiędzy siedzeniami. Samochód osiadł, widać było, że czuje kamienny balast. Powoli, aby nie nadwyrężać na wybojach zawieszenia, wjechałem na podwórko. Po dziesięciu minutach kamienie znalazły się na kupie przed domem. Było ich trochę za mało, ale czułem już zmęczenie. Zaczynało szarzeć. Jeszcze dzisiaj nic nie jadłem, ssanie w żołądku zaczynało mi przypominać o tym coraz głośniej. Chyba niezapominajki będą musiały poczekać do jutra. Podlałem je porządnie, aby rano mały siłę stawić czoło słonecznym promieniom, przesunąłem w sam róg tarasu i poszedłem wziąć prysznic w wannie. Woda chłodziła mnie i zdjęła trochę zmęczenia z pleców i rąk. Zszedłem do kuchni, pokroiłem pomidory, cebule, zalałem wszystko śmietaną i wymieszałem. W Polsce dodawano jeszcze do pomidorów kiszone ogórki. Początkowo czułem obrzydzenie do czegoś, co zgniło w wodzie, ale później przyzwyczaiłem się, podobnie jak do polskiej śmietany. Włączyłem laptopa i wszedłem na forum, na którym byłem ostatnio. Przeleciałem wzrokiem tematy. „Polityka, ludzie świat” – PRL czy Kapitalizm – kliknąłem. Zacząłem czytać, ktoś pisał o kapitalizmie, zachwycał się nim, jednocześnie ostro krytykując poprzedni system, który panował w tym kraju. Pisał do kogoś;

Niestety, czy Ci się to podoba, czy nie, wolnorynkowa gospodarka jest dziś najlepszym sposobem pomnażania bogactwa i nie ma dla niej alternatywy. Kapitalizm jest także na dziś najlepszym systemem gospodarczym.

Wstałem, poszedłem po chleb, ukroiłem i posmarowałem kromki masłem, usiadłem, odsunąłem miskę z sałatką i napisałem:

Na dziś najlepszym? Nie wiem, ja zrezygnowałem z tego systemu w zakresie wręcz ekstremalnym i jakoś o dziwo da się żyć i to nawet lepiej. Nie widzę nic lepszego w kapitalizmie od innych systemów.

Po chwili odpisał:

Twierdzisz, że wybrałeś postawę kontestacji obecnie obowiązującego systemu. Jest to możliwe właśnie dlatego, że demokratyczne społeczeństwo decydując się na obowiązujący model gospodarki, pozostawia obywatelom znaczny zakres swobody. Możesz brać udział w „wyścigu szczurów”, stać z boku, albo mieszkać w kanałach. Wybór należy do Ciebie.
Komuna nie była tak łaskawa. Wszyscy obywatele musieli uczestniczyć w tamtym systemie, a niepokornych sadzano do tiurmy.”Waliliśmy głowami w mur”, dopóki nie runął. Nie dlatego, że system był niewydolny, ale dlatego, że odbierał ludziom wolność!

Rozumiałem Polaków, po latach socjalizmu, zachłystywali się nowym systemem, który powszechnie dawał plastyk i tandetę dla pospólstwa i luksus wybrańcom. Nie zauważali, że system to system zawsze będzie dążył do realizacji własnych celów, a nie jednostki. I zupełnie nie ma nic wspólnego z dawaniem wolności. Odpisałem:

To nie kontestacja, to rezygnacja, moja wolna decyzja. Nie wiem, czy komuna była gorsza, jednak wiem jedno, mylisz pojęcia. To, co napisałeś wskazuje, że zostałeś zmanipulowany przez system. Napisałeś – System dał ci wolność. A ja twierdzę, że to, co robię, jest możliwe nie dzięki systemowi, a wolnej woli każdego człowieka, którą otrzymuje w pakiecie wraz z urodzinami. Każdy dowolny system, jaki byś nie wynalazł, jedynie może mi ją ograniczać – jeden więcej, drugi mniej, ale każdy system ogranicza wolność, a nie daje. Rozumujesz już przez pryzmat systemu jak BOGA, który daje wolność. Uznałeś,że to system daje człowiekowi możliwości, a kto je mi zabrał z dniem urodzin? – Zapytam przekornie…

Jadłem sałatkę i czekając na ewentualna ripostę, przeglądałem inne tematy. Nigdzie nic ciekawego. Wróciłem do wątku, w którym pisałem, ale mój post nadal był ostatnim. Znudzony zamknąłem laptopa i dokończyłem kolację. Za oknami już ciemniało, drzewa traciły swoja wyrazistość i zaczynały zlewać się w jedna czarną masę. Sprzątnąłem po 21sierpnia 219kolacji, przygasiłem światła i wyszedłem na zewnątrz. Był ciepły przyjemny wieczór. Księżyc aż raził swoja bladością. Świerszcze w takiej ilości przystąpiły do nocnego grania, że nawet na chwile nie zapadała cisza. Po raz kolejny stwierdziłem, że to dziwne uczucie stać tak samotnie pośród tego lasu, zwierząt i masy innych żywych istot, może pozbawionych świadomości, ale posiadających własne światy. System – wszystko działa w jakimś systemie. Systemowe światy krzyżują się i przenikają, choć pozornie są od siebie odległe. W mnogości tych światów żaden z nich, tak jak człowieczy, nie stworzył systemu, który żyje własnym życiem, ma swoja bezosobowa formę, ma własne cele i priorytety. Ma różne nazwy; naród, społeczeństwo albo po prostu MY. Zwierzęta instynktownie dbają o swoje potrzeby, walczą o swoją jakość egzystencji, nie zastanawiają się nad MY, nie myślą „My zebry”, zawsze walczą o swoje indywidualne potrzeby. Żyją na podstawie umowy z tą ziemią, w zgodzie z biologią. Człowiek zaś stworzył „społeczność” wraz z jej nadrzędnymi celami, które wpajamy swoim dzieciom. Wróciłem do domu po butelkę, przyniosłem też popielniczkę. Wszystko postawiłem na stoliku w rogu tarasu i znowu przysiadłem na jego skraju. Trzeba tu by jakiś fotel postawić – pomyślałem. Nalałem pierwszy kieliszek, wziąłem sól do ust, przechyliłem i zanim zdążyłem się skrzywić, zagryzłem cytryną. Po chwili przyjemne rozluźniające mrowienie przeczesało mi umysł. Było dobrze. Wyjąłem papierosa, metalicznie trzasnęła zapalniczka, zaciągnąłem się głęboko. Kieliszek tequili i pierwszy papieros, żaden kolejny już tak nie smakuje, to jedna z najprzyjemniejszych chwil, kiedy już wiesz, że przeżyłeś dzień i nie obawiasz się tego, od którego dzieli cię już jedynie sen. W takiej chwili dopiero jest czas na świadomość, na niczym niezmąconą myśl. znałem to uczucie, ale tu, było inne, tu naprawdę było cicho, tu naprawdę była noc. Na miejskim balkonie, czy w oknie, w poświacie ulicznych żółtopomarańczowych lamp i dźwięku samochodów, bardziej słyszalnych niż w dzień, uczucia i myśli były ściśnięte i nadal miało się wrażenie publiczne. Tu było inaczej. Kiedyś mieszkałem w San Carlo, to taka niewielka wieś na wzgórzach Toskanii niedaleko San Vincenzo. Porośnięta kwitnącymi różowo i biało oleandrami i przysadzistymi palmami rozciągała się wysoko nad błękitnym Morzem Liguryjskim. Tam chyba pierwszy raz doznałem takiego uczucia jak tutaj. I to tam się wszystko zaczęło. Mężczyzna, którego tam spotkałem, był niewiele starszy ode mnie. Miał trzydzieści jeden lat i całkiem nieźle prosperujący biznes. Był współwłaścicielem hurtowni komputerowej, która sprzedawała podzespoły na terenie krajów takich jak Polska, gdzie można było sprzedać TO, czego nie szło już sprzedać TAM, a przynajmniej nie z takim zyskiem. Poznaliśmy się przypadkiem, zbierał cytryny, które spadły za ogrodzenie na chodnik. Kiedy go mijałem, wyprostował się i zapytał, czy wiem gdzie znajduje się w San Vincenzo pizzeria Cantuccio. Wiedziałem, każdy wiedział, zapytał, czy pojadę z nim i pokażę mu drogę. Valdemaro Fischetti Spędził w San Carlo tydzień i każdy wieczór spędzaliśmy razem, jedliśmy vongole, posypując świeżo zmielonym pieprzem, popijaliśmy toskańskim winem i rozmawialiśmy o wszystkim tylko nie o biznesie i pieniądzach, nie chciał o tym rozmawiać, raz tylko, kiedy wypił za dużo, żalił się na swojego wspólnika, który chce go usunąć z interesu. Był otwarty, bezpośredni i zdecydowany, miałem wrażenie, że przez to bezbronny, w mojej głowie zaświtała pewna myśl… nie opuściła mnie, aż do jego wyjazdu. Wyjechał w piątek wieczorem, pożegnaliśmy się serdecznie, on wsiadł do samochodu, ja poszedłem na skraj wzgórza, z którego roztaczał się widok na San Vincenzo i na drogę, która cienka nitką schodziła w dół do miasta. Usiadłem na skraju. Purpurowe słońce chowało się już za horyzontem. Obserwowałem jak w nastającym mroku, w oddali, przesuwa się niewielka plamka jego samochodu. Zapaliłem papierosa, wiedziałem, że się udało, że ziarno zostało zasiane. Wtedy jak dzisiaj, czułem niczym niezmącona ogromną przestrzeń. Nalałem kolejny kieliszek tequili sól łyk i cytryna.

Czytaj kolejny rozdział → SZCZĘŚCIE ISTNIEJE TYLKO W NASZEJ WYOBRAŹNI

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!