RSS
 

Zapuszczanie korzeni…

Rozdział VII

Rano pojechałem do miasta. W Internecie na stronach sprzedajemy.pl wyszukałem trochę mebli i co najważniejsze jakiś telewizor oraz radio. Kupiłem też zestaw satelitarny. Potem zadbałem o ciało; nabyłem nowy koc, pościel, do tego poduszkę. Tak zapakowany czym prędzej wracałem do swojej leśnej klatki. Po drodze, w Chwaszczynie, zajechałem jeszcze do Biedronki – to takie tanie sklepiki spożywcze w stylu niemieckich Aldików. Kupiłem tequilę kilogram cytryn i kilogram soli.
Miałem otwarte szyby, w odtwarzaczu kręciła się płyta z V Symfonią Ludwiga van Beethovena, nie jechałem szybko, miły wiaterek chłodził wnętrze kabiny. Zastanawiałem się, czy jeszcze dzisiaj uda mi się uruchomić telewizję. Po chwili myśli uciekły w stronę płotu, zupełnie nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Trzeba by zwrócić się do leśniczego, może ma jakieś tanie drzewo. – Tak to była dobra myśl. Kiedy minąłem stacje benzynową i znajomy drogowskaz postanowiłem wjechać do wsi. Samochód jak za pierwszym razem zaparkowałem pod sklepem spożywczym. Wszedłem do środka. Dwie młode dziewczyny – ekspedientki – śmiały się z czegoś. Jedna przy tym ustawiała skrzynki z warzywami, druga stała oparta o ladę.
– Dzień dobry – powiedziałem. Kiedyś miałem problem z mówieniem „dzień dobry” chyba byłem wstydliwy, teraz zawsze mówiłem pierwszy i głośno samemu sobie pokazując, że ten problem jest już przeszłością.
– Dzień dobry – odpowiedziały wesoło.
Podszedłem do lady po lewej stronie stały kartony z ciastkami babkami i innymi wypiekami, na wprost za ladą było pieczywo, obok po prawej chłodnia z wędlinami.
– Słucham – zapytała dziewczyna.
Miała długie ciemne farbowane spięte wysoko włosy i twarz, z której emanowała energia, spoważniała, choć uśmiech zdawał się nadal być na stand–by.
– Dwa kilo miękkich pomidorów, chleb, kilogram cebuli.
– Miękkich ? – Zdziwiła się – takich na zupę?
– Nie. Chodzi o to, aby były jak najdojrzalsze, aby miały dużo soku. A no właśnie – przypomniałem sobie – i ze dwie śmietany do tego.
– Słodkie czy kwaśne?
Uśmiechnąłem się – Moja babcia mawiała, że prawdziwa śmietana jest żółta i tylko kwaśna jest prawdziwa. Słodka to po prostu masło.
Nie skomentowała mojego wywodu
– Duża czy mała? – zapytała rzeczowo.
– Duża, dwie duże – poprawiłem się.
Po chwili wszystko już leżało na ladzie. Zapłaciłem i spakowałem do siatki.
– Mam pytanie, jest tu gdzieś w pobliżu leśniczówka?
– Leśniczówka? – Powtórzyła za mną.
Zza skrzynek wychyliła się druga dziewczyna. Podobnie jak ta która mnie obsługiwała tak i ona miała dwa wesołe ogniki w oczach, kilka delikatnych piegów na twarzy potęgowało to wrażenie. Była drobniejsza i zgrabniejsza.
– Leśniczówka jest jakieś dwa kilometry stąd – powiedziała – trzeba wyjechać w stronę Miłoszewa i zaraz za szkołą skręcić w polna drogę. Nie sposób nie trafić.
– To miło – uśmiechnąłem się – dziękuje za informację. Puściłem do niej oczko i nim zdążyła zaskoczona w jakikolwiek sposób zareagować, odwróciłem się i wyszedłem.
Zakupy wrzuciłem do bagażnika. Wsiadając za kierownicę, przypomniałem sobie, że miałem kupić doładowanie do karty, przez którą łączyłem się z Internetem. Tym razem wszedłem do drugiej części sklepu tej przemysłowej. To tutaj robiłem poprzednie zakupy.
Kobieta chyba mnie poznała, bo uśmiechnęła się.
– Dzisiaj też wielkie zakupy?
– Nie – odpowiedziałem również uśmiechem. – Dzisiaj tylko doładowanie do Orange.
– Za ile?
– Za pięćdziesiąt wystarczy.
Przetasowywała wyjęte karty, poszukując właściwego nominału, kiedy znalazła, rzuciła na ladę, schowała pozostałe i odstawiła kartonik
– Pięćdziesiąt złotych.
Położyłem banknot. W tym momencie do sklepu weszły dwie kobiety, jedna starsza może w wieku pięćdziesięciu lat, druga znacznie młodsza mogła mieć góra dwadzieścia pięć. Poruszała się… Trudno opisać jej ruchy, miały jakąś stałą prędkość i płynność włoskiego legato. Nie typowa uroda, ciemna, oliwkowa karnacja, długie lśniące zebrane i podpięte niedbale kruczoczarne włosy do tego duże, czarne oczy. Na smukłej dłoni zamiast zegarka miała skórzany szeroki czarny pasek z rzemieniami i klamrą. W tym kraju jak mi później powiedziano, coś takiego nazywa się pieszczochą. Nogi długie, szczupłe, na stopach skórzane rzymianki z szerokim pasem w pęcinach i okalającym rzemieniem spinającym. Ciało skrywała cienka, zwiewna, czarna sukienka zwężona w talii. Obie kobiety podeszły do wazonów z kwiatami. Zastanawiały się głośno które wybrać zupełnie nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła. Jakby w ogóle nic innego nie istniało tylko one i te kwiaty. Patrzyłem na nią. Było w niej coś magicznego, coś, co przykuwało wzrok, dziwne uczucie. Wziąłem kartę z doładowaniem, zerknąłem jeszcze raz i wyszedłem. Przed sklepem wystawione były skrzynki z kwiatami ogrodowymi. Jedna z nich była zapełniona drobnymi niebieskimi kwiatkami, tak dużą ich ilością, że tworzyły gęsty dywan, miało się wrażenie, że jest ich tam setki. Nie wiem, czy to widok tej dziewczyny sprawił, ale nagle wpadłem na pomysł ozdobienia swojego domu i jego okolicy właśnie tymi kwiatami. Wróciłem do sklepu.
Kiedy już obładowany roślinkami i donicami zmierzałem polną drogą w stronę leśniczówki, wiozłem ze sobą również dziwne uczucie, myślałem o zjawiskowej dziewczynie i choć nawet nie pamiętałem już jej twarzy, czułem niepokój. Samochód powoli wspinał się pod delikatną górkę. Po jakimś kilometrze bylem na jej szczycie skąd widać było kolejne tutejsze jezioro. Droga w dół w przeciwieństwie do wjazdu była bardzo stroma i mieściła się w parowie, po którego prawej stronie rosły młode brzozy, po lewej zupełnie nieznane mi drzewa. W pewnym momencie wśród nich rozpoznałem jedno mi bliskie – drzewo wiedzy – zatrzymałem się. Miałem coś takiego, że nie mogłem się oprzeć dzikim owocom, zwłaszcza jabłkom. Kiedy zauważałem gdzieś dziką jabłoń, natychmiast czułem jak moje ślinianki, rozpoczynały niepohamowaną produkcję śliny. Wlazłem w chaszcze pokrzyw i dzikich jeżyn. Podniosłem kilka obitych i robaczywych skrywających się w tej zieleni jabłek i zacząłem nimi rzucać w wybrane owoce na gałęziach. Po chwili jechałem dalej i chrupałem twarde soczyste zupełnie inne niż sklepowy chłam jabłka. Ślina mieszała się ze słodkim, chłodnym sokiem, którego resztki pozostawały drobną pianką na obrębie ugryzień. Było mi dobrze. Kolejne dziwne, aczkolwiek miłe uczucie.
Samochód wjechał na mały mostek, który spinał srebrno brązową, wartko płynącą, mokrą wstążkę. Po prawej stronie zauważyłem, łabędzia. Stojąc wśród cienistych drzew, odprowadzał samochód wzrokiem. Za mostkiem droga znowu na moment podbiła w górę, by już po chwili zrównać się w poziomie. Wąski lasek, który znajdował się nad rzeczką, znikł i przejaśniało. Słońce nie mając żadnych przeszkód, ogrzewało małą łączkę po prawej, po lewej ujrzałem przysadzisty dom i tablicę – Leobór – przyjemna nazwa pomyślałem. Zatrzymałem samochód i wysiadłem. Podszedłem do furtki, otworzyłem i wszedłem na ganek, zapukałem, potem zadzwoniłem, nikt nie otworzył. Rozejrzałem się, wyszedłem na drogę, zerknąłem na podwórze za domem, nie zauważyłem żadnego ruchu. Cóż, trzeba będzie spróbować innym razem. ………………
W drodze powrotnej przypomniałem sobie o antenie telewizyjnej, zrobiło mi się raźniej, wreszcie będę mógł wyłączać ciszę, kiedy tylko przyjdzie ochota. Podjechałem pod dom, zerknąłem na zegarek, była piętnasta trzydzieści. Młoda godzina – pomyślałem. Wyjąłem kwiaty, miałem wrażenie, że się duszą w samochodzie i głupotą byłoby je tam trzymać dłużej, niż to jest konieczne. Pozostawiłem je na dworze, resztę zakupów wniosłem do domu. Najwięcej trudności sprawił mi telewizor, był ciężki, na dodatek okazało się, że nie ma go gdzie postawić. Po namyśle postanowiłem, przynajmniej do czasu, w którym nie wymyślę czegoś mądrzejszego, ulokować go na komodzie. Zająłem się anteną. Po skręceniu wszystkiego zgodnie z instrukcją i podłączeniu do telewizora zacząłem chodzić po tarasie, starając się złapać sygnał, niestety bezskutecznie. Spojrzałem na wysokie drzewa i doszło do mnie to, co powinienem przewidzieć wcześniej. Nie poddałem się, jednak postanowiłem spróbować na piętrze, niestety skutek był identyczny. Jedyne miejsce gdzie można było umieścić antenę, jakie przychodziło mi w tej sytuacji do głowy, było za domem, na jakimś drzewie na skraju polany, w której towarzystwie piłem pierwszej nocy. Nie miałem tyle kabla. Tym razem wywiesiłem białą flagę, zostawiłem antenę na górze i zszedłem na dół. Zostały więc mi tylko kwiaty. Kiedy tylko pomyślałem o nich, przypomniała mi się ona. Dziwne i ciekawe, jeszcze zacznę wierzyć w czary. Stanąłem przed domem i stwierdziłem, że najlepiej będzie powiesić doniczki z kwiatami pomiędzy każdym drewnianym słupem, który podtrzymywał dach tarasu. Policzyłem, wyszło cztery i piąta nad schodami. Wymyśliłem też sobie, że umieszczę na każdej poręczy łączącej te słupy po dwie podłużne donice. Szybko zamontowałem haki do ich umocowania. W osiem rynnowych donic wsadziłem gęsto po osiem fioletowych surfinii. Niestety nie miałem węża, znalazłem więc w komórce wiaderko po farbie i wydreptując ścieżkę pomiędzy kranem a kwiatami podlałem je obficie.
Następnie zacząłem umieszczać je w uchwytach. Kiedy skończyłem, zszedłem po schodach i stanąłem w pewnej odległości od domu, oceniając efekt swojej pracy. Ożywiło się i zrobiło kolorowo. Zadowolony zabrałem się za wieszanie doniczek nad poręczami i tu przypomniało mi się, że nie pomyślałem o tym, aby kupić wkręcane haki. Poszedłem znowu do komórki, nie znalazłem. Wziąłem więc najdłuższe gwoździe, jakie były i powbijałem w kantówki nad poręczami, następnie przykładając rurkę, tłukłem młotkiem każdego po kolei do momentu, aż się wygiął, tworząc trochę koślawy łuk. Daleko im było do ideału, ale na pewno spełnią swoje zadanie – pomyślałem. Pozostało teraz powiesić doniczki. Były już obsadzone jak je kupowałem. Surfinie tworzyły w nich obfite krągłe fioletowe kule, były bardziej rozwinięte niż te, które przed chwilą sadziłem. Zszedłem znowu z tarasu i stojąc kilka metrów od niego, spojrzałem.
– Ładnie.
– Drgnąłem i szybko odwróciłem w kierunku, z którego doszedł głos. Za mną stał może dwunastoletni chłopak i tak jak ja przyglądał się tarasowi. Miał zmierzwione włosy, koszulkę z napisem KILL ME i jasnoniebieskie jeansy. Spojrzałem ponownie na taras
– Tak myślisz?
– Jasne – powiedział z przekonaniem.
– Też tak myślę – pokiwałem głową.
– Planuję jeszcze tu przed domem, zrobić takie dwa kopce z kamieni i pomiędzy nimi powsadzać te niebieskie – wskazałem na cztery skrzynki drobniutkich kwiatów – nie wiem, jak się nazywają.
– Niezapominajki.
– Forget–me–not – druga ciekawa nazwa, która dzisiaj słyszę.
– A pierwsza ?
– Leobór.
– To nasza leśniczówka.
Odwróciłem się w jego stronę i uważniej mu się przyjrzałem.
– Chcesz, by ktoś cię zabił?
– Nie.
– To dlaczego nosisz taką koszulkę?
– Bo to koszulka.
– No tak, masz rację. – znowu pokiwałem głową – Jesteś stąd, to znaczy ze wsi?
– Tak mieszkam tu niedaleko – machnął ręką.
– Wczoraj też tu byłeś ?
– Też.
– Przyjdziesz jutro?
– Nie wiem.
– Pić mi się chce – stwierdziłem – Tobie też? – Zapytałem.
Chłopak zawahał się, spojrzał na mnie.
– A co pan ma?
– Obawiam się, że tylko wodę.
– Zimna?
– Niestety nie, ale wiesz, jest tu studnia. Wprawdzie jeszcze z niej nie korzystałem, jednak myślę, że tam będzie woda jak lód.
Podszedłem do murowanego kręgu o średnicy może półtora metra z góry przykrytego deskami. Na jego środku znajdowała się stara pompa abisyńska.
– Piłeś może już z niej? – Zapytałem.
– Nie.
– Dlaczego?
– Jest zepsuta.
Chwyciłem za uchwyt pompy, faktycznie był luźny i nie stawiał żadnego oporu. Przyjrzałem się. W górnej części brakowało stalowego bolca łączącego ramię z pompą.
– Wydawało mi się, że widziałem taki stalowy walec w komórce. – Wiesz co? Jak mi pomożesz, to może ją uruchomimy i spróbujemy tej wody.
– Da pan rade ja naprawić?
– Sądzę, że tak.
Ruszyłem w stronę komórki. Nie myliłem się, na wprost drzwi, na półce, stał stalowy trzpień, jego główka była w kolorze pompy. Wróciłem do studni. Chłopak Stał już przy niej i przyglądał się, a dokładnie temu, co przyniosłem.
– Chwyć to ramię i podnoś je powoli, jak powiem stop, to zatrzymaj.
Ochoczo chwycił za uchwyt i zaczął podnosić. Otwory nałożyły się i zobaczyłem prześwit.
– Stop.
Chłopak zamarł. Zacząłem z trudem wsuwać bolec, kiedy udało mi się go wcisnąć na tyle, aby nie wypadł, puściłem i resztę załatwiłem młotkiem.
– Dawaj, pompuj.
Chłopak napiął się i ramię ze zgrzytem, powoli, zaczęło opuszczać się w dół, działała. Po chwili siedzieliśmy na schodach i piliśmy lodowatą wodę, miała dziwny smak, a może inaczej, po prostu; miała smak.
– Pan będzie tu mieszkał cały czas – zapytał, odstawiając kubek na stopień.
– Mam taki zamiar. Czy to źle?
Wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.
– Trochę ci to nie na rękę?
Znowu nic nie odpowiedział.
– W każdym razie teraz już tu nie możesz tak przychodzić, nie lubię, jak ktoś mnie podgląda.
– Pójdę już. Muszę iść do domu.
Podniósł się i zszedł ze schodów. Po chwili zniknął w zieleni.

Czytaj kolejny rozdział → WIECZORY JAK TO WIECZORY

Zostaw odpowiedź

 


 
 
error: Content is protected !!